Historyjka - rozdział 2

Jak sama nazwa wskazuje
Kamikola
fantAStyczny
Posty: 503
Rejestracja: 2 lut 2005, 07:54
Lokalizacja: Kraina ASmerytów
Kontakt:

Re: Historyjka - rozdzia³ 2

Post autor: Kamikola » 9 sty 2006, 18:41

157 km dalej na wiekim placu przed hangarem tajnej bazy pewnej paramilitarnej organizcji dążącej do szerokiego przewrotu społecznego i zawładnięcia rynkiem sprzedaży ludzkich protez, otworzyły się oczy młodego kelnera (jeszcze w roboczym ubraniu). Nie podnąsząc się z ziemi na której leżał obrócił głowę w jedną stronę, później powoli w drugą. Na jego twarzy pojawił się wyraz częściowo zamieszania, zdezorientowania i niepewności, które szybko zmieniły się w strach.
- Gdzie ja jestem???? - powiedział cicho i nadal rozglądając się podniósł się do pozycji siedzącej. Natychmiast jego głowa zabolała go tak mocno, że aż przymróżył oczy.
- Co się stało? - zajęczał łapiąc się za głowę jakby to mogło mu pomóc. - Jak ja się tu znalazłem?
W końcu krzyknął w nagłej rozpaczy: - Przecież nie leciałem lotem 815!!!... - krzyknął patrząc w kierunku zaparkowanego w oddali samolotu. Nie zdąrzył dobrze się zastanowić w jaki sposób mógłby się znaleść tak daleko od samolotu kiedy jego dumanie zostało przerwane przez dźwięk sygnału budzika. To był znak. Umówiony znak. Teraz miało się TO stać. TO na co czekał już od dawna. TO co było zaplanowne. TO co miało wywołać ... no właśnie! Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć co miał zrobić na dźwięk budzika. Tak to jest jak się je za dużo specyfików reklamowanych w mediach które rzekomo poprawiają pamięć - skutek jest wręcz odwrotny do zamierzonego. Nasz biedny, sfrustrowany kelner postanowił sobie wszystko powolutku przypomnieć i zaczął od swojego imienia.
- Mam na imię... nazywam się... A... A... Be.... Ce... De... E... eF... Gie... Ha... Ha? Tak! Nareszcie! Hermenegild! Piękne germańskie imię nadane w przypływie radości rodziców po zakupie w RFN 2 rolek tapet podczas delegacji z pracy w roku 1974. Choć tak naprawdę nie o zakupy tu chodziło, tylko o tą noc w hotelu, która zaowocowała 9 miesięcy później narodzinami naszego bohatera. A imię było po prostu wypisane na pieczątce producenta łóżka hotelowego - solidnego, dębowego ze znakem firmowym wyrytym ozdobnym gotykiem. Taka to była prawda w tym temacie. Ale myśli myślami, a tu czas wrócić do sedna rozważań bo czas ucieka - jest go coraz mniej, a tu tak ważne rzeczy mają się wkrótce stać. Zdarzenia decydujące o losie świata, bo oto już niedługo - nasz Hermenegild pomyślał - już niedługo miało się stać coś ważnego. Jego cel w tym odosobnionym miejscu.
Wstał więc z ziemi i otrzepał kolana. Spojrzał się na samolot zaparkowany w oddali, skupił się i w końcu umysł mu się rozjaśnił.
- Już wiem! - wykrzyknął i pobiegł w kierunku naturalnie zielonego (czyli zielonego ze starości) hangaru z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Będę bohaterem - pomyślał Hermenegild kiedy przypominał sobie plan w trakcie biegu. Pół godziny później nasz bohater siedział przyczajony za wielkimi pakunkami, które zawierały to COŚ. Nabiegłymi krwią oczami obserwował wnętrze hangaru czekając na znak. Wilgotne dłonie trzęsły mu się nienaturalnie, a rozbiegany wzrok zdradzał naturę szaleńca. Nagle, pod wpływem nerwów, wydał z sibie zduszony chichot i zaczął trzeć dłonie, na znak tego, że myśli. I wtedy stało się... Do hangaru wbiegł wielki czarny pies machając radośnie ogonem na widok Hermenegilda.
Ręce biednemu kelnerowi opadły.
- Przysłali ciebie? - kelner schował twarz w dłoniach i zaczął nerwowo chichitać. Po chwili spojrzał na psa i szpnął - Co masz dla mnie?
Pies wskazał pyskiem na torbę przymocowaną do swojego karku. Hermenegild powoli odwiązal pakunek i zaczął wyciągać z niego rzeczy: srebrną tacę z zaostrzonymi krawędziami do rzucania, nóż z wmontowanym śmiercionośnym laserem, granat w postaci solniczki, wybuchowe talerze i lśniące magnum. Twarz kelnera zdradzała napięcie, gdy wstał i poprawił ubranie. Po chwili skupienia ruszył szybkim krokiem, a za nim, radośnie machając ogonem, szedł czarny pies.
Hermenegild obejrzał się na kundla i pomyślał, "Mogą być problemy." Skrzywił się na myśl, że pies może zepsuć całą operację. Już miał ochotę go wygonić kiedy......................... pies zaczął powoli zmieniać się w człowieka. Gdzie były łapy, teraz były ręce i nogi, gdzie były uszy, były teraz czarne kołtuny, gdzie był pysk... była twarz mężczyzny, który na pewno niepozwoliłby nikomu powiedzieć do siebie, "Buda! Wąd mi stąd!"
- Możesz już zamknąć buzię, zaczynasz się ślinić - powiedział ten tajemniczy nieznajomy zniecierpliwionym głosem do zszokowanego Hermenegilda. - Nie mamy czasu więc przejdę do rzeczy. Musiałem użyć postać psa by się tu dostać niezauważonym. A... - jego spojrzenie padło na nadal niedowierzającego kelnera, - potrafię się przemienić w psa bo jestem animagusem. Nie mów, że o nas nie słyszałeś! Jestem Sirius - powiedział uśmiechając się z wysiłkiem po czym zatrzymał się i przyjaznym gestem wyciągnął dłoń do przerażonego kelnera, który
oślinił już sobie całą koszulę.
-Nazywam się Bury, tak do mnie mów - warknął animag i wyciągnął rękę do wciąż stojącego bez ruchu Hermenegilda. Ten odwzajemnił uścisk bez większego przekonania. - Ruszamy! - krzyknął Bury - Hau! o przepraszam - zawstydził się animag.
Ruszyli przed siebie. Z oddali słychać było strzały i wybuchy branatów, na niebie lśniła żółto - pomarańczowa łuna wojny.
-Hermenegildzie, zanim tam pójdziemy - Bury nagle się zatrzymał - musisz coś wiedzieć. Przysłali mnie tutaj ponieważ...... jestem Twoim ojcem.... i właścicielem katarynki.....

Hermenegild spojrzał na swojego domniemanego ojca.
- Co? Nie! Głupstwa wygadujesz! Ja już mam jednego tatusia!!! - wykrzyknął nagle i niechcący plunął prosto w oko Burego. Ten otarł sobie twarz rękawem i mruknął groźnie jakby zapomniał, że już nie jest psem lecz Hermenegild tego nie zauważył i kontynuował swoje krzyki gniewu. - Jak możesz obrażać mnie takimi bredniami!!!! Mój tatko jest moim jedynym ojcem! Skąd ty się wziąłeś??? Nie przyjmę tej wiadomości.... - nagle zamilkł a jego oczy powiększyły się z przerażenia. Tym razem zapytał się cicho - Zaraz, zaraz... czy powiedziałeś "właścicielem katarynki?"
Moja najnowsza fascynacja: Jackie ChanObrazek

Awatar użytkownika
NAIRIN
AS gaduła
Posty: 410
Rejestracja: 15 lip 2005, 08:14
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Re: Historyjka - rozdzia³ 2

Post autor: NAIRIN » 9 sty 2006, 20:38

ciesz się, że nie szczekasz, taka bya impreza :lol: :lol:

sorki za to wtrącenie ;)

Awatar użytkownika
NAIRIN
AS gaduła
Posty: 410
Rejestracja: 15 lip 2005, 08:14
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Re: Historyjka - rozdzia³ 2

Post autor: NAIRIN » 19 sty 2006, 21:10

157 km dalej na wiekim placu przed hangarem tajnej bazy pewnej paramilitarnej organizcji dążącej do szerokiego przewrotu społecznego i zawładnięcia rynkiem sprzedaży ludzkich protez, otworzyły się oczy młodego kelnera (jeszcze w roboczym ubraniu). Nie podnąsząc się z ziemi na której leżał obrócił głowę w jedną stronę, później powoli w drugą. Na jego twarzy pojawił się wyraz częściowo zamieszania, zdezorientowania i niepewności, które szybko zmieniły się w strach.
- Gdzie ja jestem???? - powiedział cicho i nadal rozglądając się podniósł się do pozycji siedzącej. Natychmiast jego głowa zabolała go tak mocno, że aż przymróżył oczy.
- Co się stało? - zajęczał łapiąc się za głowę jakby to mogło mu pomóc. - Jak ja się tu znalazłem?
W końcu krzyknął w nagłej rozpaczy: - Przecież nie leciałem lotem 815!!!... - krzyknął patrząc w kierunku zaparkowanego w oddali samolotu. Nie zdąrzył dobrze się zastanowić w jaki sposób mógłby się znaleść tak daleko od samolotu kiedy jego dumanie zostało przerwane przez dźwięk sygnału budzika. To był znak. Umówiony znak. Teraz miało się TO stać. TO na co czekał już od dawna. TO co było zaplanowne. TO co miało wywołać ... no właśnie! Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć co miał zrobić na dźwięk budzika. Tak to jest jak się je za dużo specyfików reklamowanych w mediach które rzekomo poprawiają pamięć - skutek jest wręcz odwrotny do zamierzonego. Nasz biedny, sfrustrowany kelner postanowił sobie wszystko powolutku przypomnieć i zaczął od swojego imienia.
- Mam na imię... nazywam się... A... A... Be.... Ce... De... E... eF... Gie... Ha... Ha? Tak! Nareszcie! Hermenegild! Piękne germańskie imię nadane w przypływie radości rodziców po zakupie w RFN 2 rolek tapet podczas delegacji z pracy w roku 1974. Choć tak naprawdę nie o zakupy tu chodziło, tylko o tą noc w hotelu, która zaowocowała 9 miesięcy później narodzinami naszego bohatera. A imię było po prostu wypisane na pieczątce producenta łóżka hotelowego - solidnego, dębowego ze znakem firmowym wyrytym ozdobnym gotykiem. Taka to była prawda w tym temacie. Ale myśli myślami, a tu czas wrócić do sedna rozważań bo czas ucieka - jest go coraz mniej, a tu tak ważne rzeczy mają się wkrótce stać. Zdarzenia decydujące o losie świata, bo oto już niedługo - nasz Hermenegild pomyślał - już niedługo miało się stać coś ważnego. Jego cel w tym odosobnionym miejscu.
Wstał więc z ziemi i otrzepał kolana. Spojrzał się na samolot zaparkowany w oddali, skupił się i w końcu umysł mu się rozjaśnił.
- Już wiem! - wykrzyknął i pobiegł w kierunku naturalnie zielonego (czyli zielonego ze starości) hangaru z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Będę bohaterem - pomyślał Hermenegild kiedy przypominał sobie plan w trakcie biegu. Pół godziny później nasz bohater siedział przyczajony za wielkimi pakunkami, które zawierały to COŚ. Nabiegłymi krwią oczami obserwował wnętrze hangaru czekając na znak. Wilgotne dłonie trzęsły mu się nienaturalnie, a rozbiegany wzrok zdradzał naturę szaleńca. Nagle, pod wpływem nerwów, wydał z sibie zduszony chichot i zaczął trzeć dłonie, na znak tego, że myśli. I wtedy stało się... Do hangaru wbiegł wielki czarny pies machając radośnie ogonem na widok Hermenegilda.
Ręce biednemu kelnerowi opadły.
- Przysłali ciebie? - kelner schował twarz w dłoniach i zaczął nerwowo chichitać. Po chwili spojrzał na psa i szpnął - Co masz dla mnie?
Pies wskazał pyskiem na torbę przymocowaną do swojego karku. Hermenegild powoli odwiązal pakunek i zaczął wyciągać z niego rzeczy: srebrną tacę z zaostrzonymi krawędziami do rzucania, nóż z wmontowanym śmiercionośnym laserem, granat w postaci solniczki, wybuchowe talerze i lśniące magnum. Twarz kelnera zdradzała napięcie, gdy wstał i poprawił ubranie. Po chwili skupienia ruszył szybkim krokiem, a za nim, radośnie machając ogonem, szedł czarny pies.
Hermenegild obejrzał się na kundla i pomyślał, "Mogą być problemy." Skrzywił się na myśl, że pies może zepsuć całą operację. Już miał ochotę go wygonić kiedy......................... pies zaczął powoli zmieniać się w człowieka. Gdzie były łapy, teraz były ręce i nogi, gdzie były uszy, były teraz czarne kołtuny, gdzie był pysk... była twarz mężczyzny, który na pewno niepozwoliłby nikomu powiedzieć do siebie, "Buda! Wąd mi stąd!"
- Możesz już zamknąć buzię, zaczynasz się ślinić - powiedział ten tajemniczy nieznajomy zniecierpliwionym głosem do zszokowanego Hermenegilda. - Nie mamy czasu więc przejdę do rzeczy. Musiałem użyć postać psa by się tu dostać niezauważonym. A... - jego spojrzenie padło na nadal niedowierzającego kelnera, - potrafię się przemienić w psa bo jestem animagusem. Nie mów, że o nas nie słyszałeś! Jestem Sirius - powiedział uśmiechając się z wysiłkiem po czym zatrzymał się i przyjaznym gestem wyciągnął dłoń do przerażonego kelnera, który
oślinił już sobie całą koszulę.
-Nazywam się Bury, tak do mnie mów - warknął animag i wyciągnął rękę do wciąż stojącego bez ruchu Hermenegilda. Ten odwzajemnił uścisk bez większego przekonania. - Ruszamy! - krzyknął Bury - Hau! o przepraszam - zawstydził się animag.
Ruszyli przed siebie. Z oddali słychać było strzały i wybuchy branatów, na niebie lśniła żółto - pomarańczowa łuna wojny.
-Hermenegildzie, zanim tam pójdziemy - Bury nagle się zatrzymał - musisz coś wiedzieć. Przysłali mnie tutaj ponieważ...... jestem Twoim ojcem.... i właścicielem katarynki.....
Hermenegild spojrzał na swojego domniemanego ojca.
- Co? Nie! Głupstwa wygadujesz! Ja już mam jednego tatusia!!! - wykrzyknął nagle i niechcący plunął prosto w oko Burego. Ten otarł sobie twarz rękawem i mruknął groźnie jakby zapomniał, że już nie jest psem lecz Hermenegild tego nie zauważył i kontynuował swoje krzyki gniewu. - Jak możesz obrażać mnie takimi bredniami!!!! Mój tatko jest moim jedynym ojcem! Skąd ty się wziąłeś??? Nie przyjmę tej wiadomości.... - nagle zamilkł a jego oczy powiększyły się z przerażenia. Tym razem zapytał się cicho - Zaraz, zaraz... czy powiedziałeś "właścicielem katarynki?"
-tak, jestem właścicielem katarynki. Tej katarynki, od której się to wszystko zaczęło. Czasy, których nie pamiętasz.
-Czy to znaczy, że wtedy pojawił się ON???? - Hermenegild czuł, że nogi nie mogą już wytrzymać jego własnego ciężąru, a świat zaczął wirować.
-Tak, ON jest Twoim bratem. Dostał w spadku katarynkę, a teraz musimy go zabić, by katarynkę odzyskać. Źle wykorzystał jej moc...
-Nie wierzę - wyszeptał Hermenegild i poczuł, jak okrywa go ciemność. Zemdlał

Kamikola
fantAStyczny
Posty: 503
Rejestracja: 2 lut 2005, 07:54
Lokalizacja: Kraina ASmerytów
Kontakt:

Re: Historyjka - rozdzia³ 2

Post autor: Kamikola » 20 sty 2006, 17:11

157 km dalej na wiekim placu przed hangarem tajnej bazy pewnej paramilitarnej organizcji dążącej do szerokiego przewrotu społecznego i zawładnięcia rynkiem sprzedaży ludzkich protez, otworzyły się oczy młodego kelnera (jeszcze w roboczym ubraniu). Nie podnąsząc się z ziemi na której leżał obrócił głowę w jedną stronę, później powoli w drugą. Na jego twarzy pojawił się wyraz częściowo zamieszania, zdezorientowania i niepewności, które szybko zmieniły się w strach.
- Gdzie ja jestem???? - powiedział cicho i nadal rozglądając się podniósł się do pozycji siedzącej. Natychmiast jego głowa zabolała go tak mocno, że aż przymróżył oczy.
- Co się stało? - zajęczał łapiąc się za głowę jakby to mogło mu pomóc. - Jak ja się tu znalazłem?
W końcu krzyknął w nagłej rozpaczy: - Przecież nie leciałem lotem 815!!!... - krzyknął patrząc w kierunku zaparkowanego w oddali samolotu. Nie zdąrzył dobrze się zastanowić w jaki sposób mógłby się znaleść tak daleko od samolotu kiedy jego dumanie zostało przerwane przez dźwięk sygnału budzika. To był znak. Umówiony znak. Teraz miało się TO stać. TO na co czekał już od dawna. TO co było zaplanowne. TO co miało wywołać ... no właśnie! Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć co miał zrobić na dźwięk budzika. Tak to jest jak się je za dużo specyfików reklamowanych w mediach które rzekomo poprawiają pamięć - skutek jest wręcz odwrotny do zamierzonego. Nasz biedny, sfrustrowany kelner postanowił sobie wszystko powolutku przypomnieć i zaczął od swojego imienia.
- Mam na imię... nazywam się... A... A... Be.... Ce... De... E... eF... Gie... Ha... Ha? Tak! Nareszcie! Hermenegild! Piękne germańskie imię nadane w przypływie radości rodziców po zakupie w RFN 2 rolek tapet podczas delegacji z pracy w roku 1974. Choć tak naprawdę nie o zakupy tu chodziło, tylko o tą noc w hotelu, która zaowocowała 9 miesięcy później narodzinami naszego bohatera. A imię było po prostu wypisane na pieczątce producenta łóżka hotelowego - solidnego, dębowego ze znakem firmowym wyrytym ozdobnym gotykiem. Taka to była prawda w tym temacie. Ale myśli myślami, a tu czas wrócić do sedna rozważań bo czas ucieka - jest go coraz mniej, a tu tak ważne rzeczy mają się wkrótce stać. Zdarzenia decydujące o losie świata, bo oto już niedługo - nasz Hermenegild pomyślał - już niedługo miało się stać coś ważnego. Jego cel w tym odosobnionym miejscu.
Wstał więc z ziemi i otrzepał kolana. Spojrzał się na samolot zaparkowany w oddali, skupił się i w końcu umysł mu się rozjaśnił.
- Już wiem! - wykrzyknął i pobiegł w kierunku naturalnie zielonego (czyli zielonego ze starości) hangaru z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Będę bohaterem - pomyślał Hermenegild kiedy przypominał sobie plan w trakcie biegu. Pół godziny później nasz bohater siedział przyczajony za wielkimi pakunkami, które zawierały to COŚ. Nabiegłymi krwią oczami obserwował wnętrze hangaru czekając na znak. Wilgotne dłonie trzęsły mu się nienaturalnie, a rozbiegany wzrok zdradzał naturę szaleńca. Nagle, pod wpływem nerwów, wydał z sibie zduszony chichot i zaczął trzeć dłonie, na znak tego, że myśli. I wtedy stało się... Do hangaru wbiegł wielki czarny pies machając radośnie ogonem na widok Hermenegilda.
Ręce biednemu kelnerowi opadły.
- Przysłali ciebie? - kelner schował twarz w dłoniach i zaczął nerwowo chichitać. Po chwili spojrzał na psa i szpnął - Co masz dla mnie?
Pies wskazał pyskiem na torbę przymocowaną do swojego karku. Hermenegild powoli odwiązal pakunek i zaczął wyciągać z niego rzeczy: srebrną tacę z zaostrzonymi krawędziami do rzucania, nóż z wmontowanym śmiercionośnym laserem, granat w postaci solniczki, wybuchowe talerze i lśniące magnum. Twarz kelnera zdradzała napięcie, gdy wstał i poprawił ubranie. Po chwili skupienia ruszył szybkim krokiem, a za nim, radośnie machając ogonem, szedł czarny pies.
Hermenegild obejrzał się na kundla i pomyślał, "Mogą być problemy." Skrzywił się na myśl, że pies może zepsuć całą operację. Już miał ochotę go wygonić kiedy......................... pies zaczął powoli zmieniać się w człowieka. Gdzie były łapy, teraz były ręce i nogi, gdzie były uszy, były teraz czarne kołtuny, gdzie był pysk... była twarz mężczyzny, który na pewno niepozwoliłby nikomu powiedzieć do siebie, "Buda! Wąd mi stąd!"
- Możesz już zamknąć buzię, zaczynasz się ślinić - powiedział ten tajemniczy nieznajomy zniecierpliwionym głosem do zszokowanego Hermenegilda. - Nie mamy czasu więc przejdę do rzeczy. Musiałem użyć postać psa by się tu dostać niezauważonym. A... - jego spojrzenie padło na nadal niedowierzającego kelnera, - potrafię się przemienić w psa bo jestem animagusem. Nie mów, że o nas nie słyszałeś! Jestem Sirius - powiedział uśmiechając się z wysiłkiem po czym zatrzymał się i przyjaznym gestem wyciągnął dłoń do przerażonego kelnera, który
oślinił już sobie całą koszulę.
-Nazywam się Bury, tak do mnie mów - warknął animag i wyciągnął rękę do wciąż stojącego bez ruchu Hermenegilda. Ten odwzajemnił uścisk bez większego przekonania. - Ruszamy! - krzyknął Bury - Hau! o przepraszam - zawstydził się animag.
Ruszyli przed siebie. Z oddali słychać było strzały i wybuchy branatów, na niebie lśniła żółto - pomarańczowa łuna wojny.
-Hermenegildzie, zanim tam pójdziemy - Bury nagle się zatrzymał - musisz coś wiedzieć. Przysłali mnie tutaj ponieważ...... jestem Twoim ojcem.... i właścicielem katarynki.....
Hermenegild spojrzał na swojego domniemanego ojca.
- Co? Nie! Głupstwa wygadujesz! Ja już mam jednego tatusia!!! - wykrzyknął nagle i niechcący plunął prosto w oko Burego. Ten otarł sobie twarz rękawem i mruknął groźnie jakby zapomniał, że już nie jest psem lecz Hermenegild tego nie zauważył i kontynuował swoje krzyki gniewu. - Jak możesz obrażać mnie takimi bredniami!!!! Mój tatko jest moim jedynym ojcem! Skąd ty się wziąłeś??? Nie przyjmę tej wiadomości.... - nagle zamilkł a jego oczy powiększyły się z przerażenia. Tym razem zapytał się cicho - Zaraz, zaraz... czy powiedziałeś "właścicielem katarynki?"
-tak, jestem właścicielem katarynki. Tej katarynki, od której się to wszystko zaczęło. Czasy, których nie pamiętasz.
-Czy to znaczy, że wtedy pojawił się ON???? - Hermenegild czuł, że nogi nie mogą już wytrzymać jego własnego ciężąru, a świat zaczął wirować.
-Tak, ON jest Twoim bratem. Dostał w spadku katarynkę, a teraz musimy go zabić, by katarynkę odzyskać. Źle wykorzystał jej moc...
-Nie wierzę - wyszeptał Hermenegild i poczuł, jak okrywa go ciemność. Zemdlał
spadając prosto w błoto tuż obok Burego. Bury otrzepał swoje buty z błotka i wymamrotał coś pod nosem z czego tylko "...mój syn..." i "... mięczakiem..." były słyszalne. Złapał Hermenegilda za kaptur i przeciągnął go spowrotem do hangaru.
- Będę musiał wszystko sam zrobić - mruknął pod nosem i zakasał rękawy. - Ale jego przydałoby się schować gdzieś... jeszcze... go.... znajdą - mówił do siebie rozglądając się po wszystkich kątach. Nagle jego uwagę zwrócił
Moja najnowsza fascynacja: Jackie ChanObrazek

marzyciel
ASiołek
Posty: 53
Rejestracja: 29 kwie 2006, 00:52
Lokalizacja: Niemcy

Re: Historyjka - rozdzia³ 2

Post autor: marzyciel » 14 maja 2006, 01:00

157 km dalej na wiekim placu przed hangarem tajnej bazy pewnej paramilitarnej organizcji dążącej do szerokiego przewrotu społecznego i zawładnięcia rynkiem sprzedaży ludzkich protez, otworzyły się oczy młodego kelnera (jeszcze w roboczym ubraniu). Nie podnąsząc się z ziemi na której leżał obrócił głowę w jedną stronę, później powoli w drugą. Na jego twarzy pojawił się wyraz częściowo zamieszania, zdezorientowania i niepewności, które szybko zmieniły się w strach.
- Gdzie ja jestem???? - powiedział cicho i nadal rozglądając się podniósł się do pozycji siedzącej. Natychmiast jego głowa zabolała go tak mocno, że aż przymróżył oczy.
- Co się stało? - zajęczał łapiąc się za głowę jakby to mogło mu pomóc. - Jak ja się tu znalazłem?
W końcu krzyknął w nagłej rozpaczy: - Przecież nie leciałem lotem 815!!!... - krzyknął patrząc w kierunku zaparkowanego w oddali samolotu. Nie zdąrzył dobrze się zastanowić w jaki sposób mógłby się znaleść tak daleko od samolotu kiedy jego dumanie zostało przerwane przez dźwięk sygnału budzika. To był znak. Umówiony znak. Teraz miało się TO stać. TO na co czekał już od dawna. TO co było zaplanowne. TO co miało wywołać ... no właśnie! Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć co miał zrobić na dźwięk budzika. Tak to jest jak się je za dużo specyfików reklamowanych w mediach które rzekomo poprawiają pamięć - skutek jest wręcz odwrotny do zamierzonego. Nasz biedny, sfrustrowany kelner postanowił sobie wszystko powolutku przypomnieć i zaczął od swojego imienia.
- Mam na imię... nazywam się... A... A... Be.... Ce... De... E... eF... Gie... Ha... Ha? Tak! Nareszcie! Hermenegild! Piękne germańskie imię nadane w przypływie radości rodziców po zakupie w RFN 2 rolek tapet podczas delegacji z pracy w roku 1974. Choć tak naprawdę nie o zakupy tu chodziło, tylko o tą noc w hotelu, która zaowocowała 9 miesięcy później narodzinami naszego bohatera. A imię było po prostu wypisane na pieczątce producenta łóżka hotelowego - solidnego, dębowego ze znakem firmowym wyrytym ozdobnym gotykiem. Taka to była prawda w tym temacie. Ale myśli myślami, a tu czas wrócić do sedna rozważań bo czas ucieka - jest go coraz mniej, a tu tak ważne rzeczy mają się wkrótce stać. Zdarzenia decydujące o losie świata, bo oto już niedługo - nasz Hermenegild pomyślał - już niedługo miało się stać coś ważnego. Jego cel w tym odosobnionym miejscu.
Wstał więc z ziemi i otrzepał kolana. Spojrzał się na samolot zaparkowany w oddali, skupił się i w końcu umysł mu się rozjaśnił.
- Już wiem! - wykrzyknął i pobiegł w kierunku naturalnie zielonego (czyli zielonego ze starości) hangaru z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Będę bohaterem - pomyślał Hermenegild kiedy przypominał sobie plan w trakcie biegu. Pół godziny później nasz bohater siedział przyczajony za wielkimi pakunkami, które zawierały to COŚ. Nabiegłymi krwią oczami obserwował wnętrze hangaru czekając na znak. Wilgotne dłonie trzęsły mu się nienaturalnie, a rozbiegany wzrok zdradzał naturę szaleńca. Nagle, pod wpływem nerwów, wydał z sibie zduszony chichot i zaczął trzeć dłonie, na znak tego, że myśli. I wtedy stało się... Do hangaru wbiegł wielki czarny pies machając radośnie ogonem na widok Hermenegilda.
Ręce biednemu kelnerowi opadły.
- Przysłali ciebie? - kelner schował twarz w dłoniach i zaczął nerwowo chichitać. Po chwili spojrzał na psa i szpnął - Co masz dla mnie?
Pies wskazał pyskiem na torbę przymocowaną do swojego karku. Hermenegild powoli odwiązal pakunek i zaczął wyciągać z niego rzeczy: srebrną tacę z zaostrzonymi krawędziami do rzucania, nóż z wmontowanym śmiercionośnym laserem, granat w postaci solniczki, wybuchowe talerze i lśniące magnum. Twarz kelnera zdradzała napięcie, gdy wstał i poprawił ubranie. Po chwili skupienia ruszył szybkim krokiem, a za nim, radośnie machając ogonem, szedł czarny pies.
Hermenegild obejrzał się na kundla i pomyślał, "Mogą być problemy." Skrzywił się na myśl, że pies może zepsuć całą operację. Już miał ochotę go wygonić kiedy......................... pies zaczął powoli zmieniać się w człowieka. Gdzie były łapy, teraz były ręce i nogi, gdzie były uszy, były teraz czarne kołtuny, gdzie był pysk... była twarz mężczyzny, który na pewno niepozwoliłby nikomu powiedzieć do siebie, "Buda! Wąd mi stąd!"
- Możesz już zamknąć buzię, zaczynasz się ślinić - powiedział ten tajemniczy nieznajomy zniecierpliwionym głosem do zszokowanego Hermenegilda. - Nie mamy czasu więc przejdę do rzeczy. Musiałem użyć postać psa by się tu dostać niezauważonym. A... - jego spojrzenie padło na nadal niedowierzającego kelnera, - potrafię się przemienić w psa bo jestem animagusem. Nie mów, że o nas nie słyszałeś! Jestem Sirius - powiedział uśmiechając się z wysiłkiem po czym zatrzymał się i przyjaznym gestem wyciągnął dłoń do przerażonego kelnera, który
oślinił już sobie całą koszulę.
-Nazywam się Bury, tak do mnie mów - warknął animag i wyciągnął rękę do wciąż stojącego bez ruchu Hermenegilda. Ten odwzajemnił uścisk bez większego przekonania. - Ruszamy! - krzyknął Bury - Hau! o przepraszam - zawstydził się animag.
Ruszyli przed siebie. Z oddali słychać było strzały i wybuchy branatów, na niebie lśniła żółto - pomarańczowa łuna wojny.
-Hermenegildzie, zanim tam pójdziemy - Bury nagle się zatrzymał - musisz coś wiedzieć. Przysłali mnie tutaj ponieważ...... jestem Twoim ojcem.... i właścicielem katarynki.....
Hermenegild spojrzał na swojego domniemanego ojca.
- Co? Nie! Głupstwa wygadujesz! Ja już mam jednego tatusia!!! - wykrzyknął nagle i niechcący plunął prosto w oko Burego. Ten otarł sobie twarz rękawem i mruknął groźnie jakby zapomniał, że już nie jest psem lecz Hermenegild tego nie zauważył i kontynuował swoje krzyki gniewu. - Jak możesz obrażać mnie takimi bredniami!!!! Mój tatko jest moim jedynym ojcem! Skąd ty się wziąłeś??? Nie przyjmę tej wiadomości.... - nagle zamilkł a jego oczy powiększyły się z przerażenia. Tym razem zapytał się cicho - Zaraz, zaraz... czy powiedziałeś "właścicielem katarynki?"
-tak, jestem właścicielem katarynki. Tej katarynki, od której się to wszystko zaczęło. Czasy, których nie pamiętasz.
-Czy to znaczy, że wtedy pojawił się ON???? - Hermenegild czuł, że nogi nie mogą już wytrzymać jego własnego ciężąru, a świat zaczął wirować.
-Tak, ON jest Twoim bratem. Dostał w spadku katarynkę, a teraz musimy go zabić, by katarynkę odzyskać. Źle wykorzystał jej moc...
-Nie wierzę - wyszeptał Hermenegild i poczuł, jak okrywa go ciemność. Zemdlał spadając prosto w błoto tuż obok Burego. Bury otrzepał swoje buty z błotka i wymamrotał coś pod nosem z czego tylko "...mój syn..." i "... mięczakiem..." były słyszalne. Złapał Hermenegilda za kaptur i przeciągnął go spowrotem do hangaru.
- Będę musiał wszystko sam zrobić - mruknął pod nosem i zakasał rękawy. - Ale jego przydałoby się schować gdzieś... jeszcze... go.... znajdą - mówił do siebie rozglądając się po wszystkich kątach. Nagle jego uwagę zwrócił

wielki, ciezki i zrobiony z najciezszej stali stroj rycerza, stojacy w samym rogu hangaru, wyjety jakby prosto z sredniowiecza!
Bury widzac ze Hermenegild odzyskuje przytomnosc podszedl z nim do tego ciezkiego sredniowiecznego stroju i kazal mu nalozyc go na siebie.
Po chwili gdy Hermenegildowi udalo sie wreszcie go nalozyc, nagle zauwazyli ze po drugiej stronie hangaru pojawily sie jakies osoby. Nasi bohaterowie nie zdazywszy nawet zareagowac nagle zauwazyli ze jedna z tych tajemniczych osob postrzelila z tajnej, dziwnej broni Hermenegilda! Jednak na szczescie metalowy stroj okazal sie kuloodporny. Bury widzac powstale zamieszanie

Kamikola
fantAStyczny
Posty: 503
Rejestracja: 2 lut 2005, 07:54
Lokalizacja: Kraina ASmerytów
Kontakt:

Re: Historyjka - rozdzia³ 2

Post autor: Kamikola » 15 maja 2006, 20:03

157 km dalej na wiekim placu przed hangarem tajnej bazy pewnej paramilitarnej organizcji dążącej do szerokiego przewrotu społecznego i zawładnięcia rynkiem sprzedaży ludzkich protez, otworzyły się oczy młodego kelnera (jeszcze w roboczym ubraniu). Nie podnąsząc się z ziemi na której leżał obrócił głowę w jedną stronę, później powoli w drugą. Na jego twarzy pojawił się wyraz częściowo zamieszania, zdezorientowania i niepewności, które szybko zmieniły się w strach.
- Gdzie ja jestem???? - powiedział cicho i nadal rozglądając się podniósł się do pozycji siedzącej. Natychmiast jego głowa zabolała go tak mocno, że aż przymróżył oczy.
- Co się stało? - zajęczał łapiąc się za głowę jakby to mogło mu pomóc. - Jak ja się tu znalazłem?
W końcu krzyknął w nagłej rozpaczy: - Przecież nie leciałem lotem 815!!!... - krzyknął patrząc w kierunku zaparkowanego w oddali samolotu. Nie zdąrzył dobrze się zastanowić w jaki sposób mógłby się znaleść tak daleko od samolotu kiedy jego dumanie zostało przerwane przez dźwięk sygnału budzika. To był znak. Umówiony znak. Teraz miało się TO stać. TO na co czekał już od dawna. TO co było zaplanowne. TO co miało wywołać ... no właśnie! Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć co miał zrobić na dźwięk budzika. Tak to jest jak się je za dużo specyfików reklamowanych w mediach które rzekomo poprawiają pamięć - skutek jest wręcz odwrotny do zamierzonego. Nasz biedny, sfrustrowany kelner postanowił sobie wszystko powolutku przypomnieć i zaczął od swojego imienia.
- Mam na imię... nazywam się... A... A... Be.... Ce... De... E... eF... Gie... Ha... Ha? Tak! Nareszcie! Hermenegild! Piękne germańskie imię nadane w przypływie radości rodziców po zakupie w RFN 2 rolek tapet podczas delegacji z pracy w roku 1974. Choć tak naprawdę nie o zakupy tu chodziło, tylko o tą noc w hotelu, która zaowocowała 9 miesięcy później narodzinami naszego bohatera. A imię było po prostu wypisane na pieczątce producenta łóżka hotelowego - solidnego, dębowego ze znakem firmowym wyrytym ozdobnym gotykiem. Taka to była prawda w tym temacie. Ale myśli myślami, a tu czas wrócić do sedna rozważań bo czas ucieka - jest go coraz mniej, a tu tak ważne rzeczy mają się wkrótce stać. Zdarzenia decydujące o losie świata, bo oto już niedługo - nasz Hermenegild pomyślał - już niedługo miało się stać coś ważnego. Jego cel w tym odosobnionym miejscu.
Wstał więc z ziemi i otrzepał kolana. Spojrzał się na samolot zaparkowany w oddali, skupił się i w końcu umysł mu się rozjaśnił.
- Już wiem! - wykrzyknął i pobiegł w kierunku naturalnie zielonego (czyli zielonego ze starości) hangaru z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Będę bohaterem - pomyślał Hermenegild kiedy przypominał sobie plan w trakcie biegu. Pół godziny później nasz bohater siedział przyczajony za wielkimi pakunkami, które zawierały to COŚ. Nabiegłymi krwią oczami obserwował wnętrze hangaru czekając na znak. Wilgotne dłonie trzęsły mu się nienaturalnie, a rozbiegany wzrok zdradzał naturę szaleńca. Nagle, pod wpływem nerwów, wydał z sibie zduszony chichot i zaczął trzeć dłonie, na znak tego, że myśli. I wtedy stało się... Do hangaru wbiegł wielki czarny pies machając radośnie ogonem na widok Hermenegilda.
Ręce biednemu kelnerowi opadły.
- Przysłali ciebie? - kelner schował twarz w dłoniach i zaczął nerwowo chichitać. Po chwili spojrzał na psa i szpnął - Co masz dla mnie?
Pies wskazał pyskiem na torbę przymocowaną do swojego karku. Hermenegild powoli odwiązal pakunek i zaczął wyciągać z niego rzeczy: srebrną tacę z zaostrzonymi krawędziami do rzucania, nóż z wmontowanym śmiercionośnym laserem, granat w postaci solniczki, wybuchowe talerze i lśniące magnum. Twarz kelnera zdradzała napięcie, gdy wstał i poprawił ubranie. Po chwili skupienia ruszył szybkim krokiem, a za nim, radośnie machając ogonem, szedł czarny pies.
Hermenegild obejrzał się na kundla i pomyślał, "Mogą być problemy." Skrzywił się na myśl, że pies może zepsuć całą operację. Już miał ochotę go wygonić kiedy......................... pies zaczął powoli zmieniać się w człowieka. Gdzie były łapy, teraz były ręce i nogi, gdzie były uszy, były teraz czarne kołtuny, gdzie był pysk... była twarz mężczyzny, który na pewno niepozwoliłby nikomu powiedzieć do siebie, "Buda! Wąd mi stąd!"
- Możesz już zamknąć buzię, zaczynasz się ślinić - powiedział ten tajemniczy nieznajomy zniecierpliwionym głosem do zszokowanego Hermenegilda. - Nie mamy czasu więc przejdę do rzeczy. Musiałem użyć postać psa by się tu dostać niezauważonym. A... - jego spojrzenie padło na nadal niedowierzającego kelnera, - potrafię się przemienić w psa bo jestem animagusem. Nie mów, że o nas nie słyszałeś! Jestem Sirius - powiedział uśmiechając się z wysiłkiem po czym zatrzymał się i przyjaznym gestem wyciągnął dłoń do przerażonego kelnera, który
oślinił już sobie całą koszulę.
-Nazywam się Bury, tak do mnie mów - warknął animag i wyciągnął rękę do wciąż stojącego bez ruchu Hermenegilda. Ten odwzajemnił uścisk bez większego przekonania. - Ruszamy! - krzyknął Bury - Hau! o przepraszam - zawstydził się animag.
Ruszyli przed siebie. Z oddali słychać było strzały i wybuchy branatów, na niebie lśniła żółto - pomarańczowa łuna wojny.
-Hermenegildzie, zanim tam pójdziemy - Bury nagle się zatrzymał - musisz coś wiedzieć. Przysłali mnie tutaj ponieważ...... jestem Twoim ojcem.... i właścicielem katarynki.....
Hermenegild spojrzał na swojego domniemanego ojca.
- Co? Nie! Głupstwa wygadujesz! Ja już mam jednego tatusia!!! - wykrzyknął nagle i niechcący plunął prosto w oko Burego. Ten otarł sobie twarz rękawem i mruknął groźnie jakby zapomniał, że już nie jest psem lecz Hermenegild tego nie zauważył i kontynuował swoje krzyki gniewu. - Jak możesz obrażać mnie takimi bredniami!!!! Mój tatko jest moim jedynym ojcem! Skąd ty się wziąłeś??? Nie przyjmę tej wiadomości.... - nagle zamilkł a jego oczy powiększyły się z przerażenia. Tym razem zapytał się cicho - Zaraz, zaraz... czy powiedziałeś "właścicielem katarynki?"
-tak, jestem właścicielem katarynki. Tej katarynki, od której się to wszystko zaczęło. Czasy, których nie pamiętasz.
-Czy to znaczy, że wtedy pojawił się ON???? - Hermenegild czuł, że nogi nie mogą już wytrzymać jego własnego ciężąru, a świat zaczął wirować.
-Tak, ON jest Twoim bratem. Dostał w spadku katarynkę, a teraz musimy go zabić, by katarynkę odzyskać. Źle wykorzystał jej moc...
-Nie wierzę - wyszeptał Hermenegild i poczuł, jak okrywa go ciemność. Zemdlał spadając prosto w błoto tuż obok Burego. Bury otrzepał swoje buty z błotka i wymamrotał coś pod nosem z czego tylko "...mój syn..." i "... mięczakiem..." były słyszalne. Złapał Hermenegilda za kaptur i przeciągnął go spowrotem do hangaru.
- Będę musiał wszystko sam zrobić - mruknął pod nosem i zakasał rękawy. - Ale jego przydałoby się schować gdzieś... jeszcze... go.... znajdą - mówił do siebie rozglądając się po wszystkich kątach. Nagle jego uwagę zwrócił wielki, ciezki i zrobiony z najciezszej stali stroj rycerza, stojacy w samym rogu hangaru, wyjety jakby prosto z sredniowiecza!
Bury widzac ze Hermenegild odzyskuje przytomnosc podszedl z nim do tego ciezkiego sredniowiecznego stroju i kazal mu nalozyc go na siebie.
Po chwili gdy Hermenegildowi udalo sie wreszcie go nalozyc, nagle zauwazyli ze po drugiej stronie hangaru pojawily sie jakies osoby. Nasi bohaterowie nie zdazywszy nawet zareagowac nagle zauwazyli ze jedna z tych tajemniczych osob postrzelila z tajnej, dziwnej broni Hermenegilda! Jednak na szczescie metalowy stroj okazal sie kuloodporny. Bury widzac powstale zamieszanie

wyciągnął jeden z wybuchowych talerzy i go rzucił w stronę atakujących i z uśmiechem doświadczył satysfakcji z wybuchu
- Te maleństwa zawsze działają - powiedział do siebie po czym
Moja najnowsza fascynacja: Jackie ChanObrazek

Awatar użytkownika
Magda
bASyliszek
Posty: 1112
Rejestracja: 1 sty 2007, 18:26
Lokalizacja: Gotei13/Seireitei/Soul Society
Kontakt:

Post autor: Magda » 23 cze 2007, 17:23

157 km dalej na wiekim placu przed hangarem tajnej bazy pewnej paramilitarnej organizcji dążącej do szerokiego przewrotu społecznego i zawładnięcia rynkiem sprzedaży ludzkich protez, otworzyły się oczy młodego kelnera (jeszcze w roboczym ubraniu). Nie podnąsząc się z ziemi na której leżał obrócił głowę w jedną stronę, później powoli w drugą. Na jego twarzy pojawił się wyraz częściowo zamieszania, zdezorientowania i niepewności, które szybko zmieniły się w strach.
- Gdzie ja jestem???? - powiedział cicho i nadal rozglądając się podniósł się do pozycji siedzącej. Natychmiast jego głowa zabolała go tak mocno, że aż przymróżył oczy.
- Co się stało? - zajęczał łapiąc się za głowę jakby to mogło mu pomóc. - Jak ja się tu znalazłem?
W końcu krzyknął w nagłej rozpaczy: - Przecież nie leciałem lotem 815!!!... - krzyknął patrząc w kierunku zaparkowanego w oddali samolotu. Nie zdąrzył dobrze się zastanowić w jaki sposób mógłby się znaleść tak daleko od samolotu kiedy jego dumanie zostało przerwane przez dźwięk sygnału budzika. To był znak. Umówiony znak. Teraz miało się TO stać. TO na co czekał już od dawna. TO co było zaplanowne. TO co miało wywołać ... no właśnie! Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć co miał zrobić na dźwięk budzika. Tak to jest jak się je za dużo specyfików reklamowanych w mediach które rzekomo poprawiają pamięć - skutek jest wręcz odwrotny do zamierzonego. Nasz biedny, sfrustrowany kelner postanowił sobie wszystko powolutku przypomnieć i zaczął od swojego imienia.
- Mam na imię... nazywam się... A... A... Be.... Ce... De... E... eF... Gie... Ha... Ha? Tak! Nareszcie! Hermenegild! Piękne germańskie imię nadane w przypływie radości rodziców po zakupie w RFN 2 rolek tapet podczas delegacji z pracy w roku 1974. Choć tak naprawdę nie o zakupy tu chodziło, tylko o tą noc w hotelu, która zaowocowała 9 miesięcy później narodzinami naszego bohatera. A imię było po prostu wypisane na pieczątce producenta łóżka hotelowego - solidnego, dębowego ze znakem firmowym wyrytym ozdobnym gotykiem. Taka to była prawda w tym temacie. Ale myśli myślami, a tu czas wrócić do sedna rozważań bo czas ucieka - jest go coraz mniej, a tu tak ważne rzeczy mają się wkrótce stać. Zdarzenia decydujące o losie świata, bo oto już niedługo - nasz Hermenegild pomyślał - już niedługo miało się stać coś ważnego. Jego cel w tym odosobnionym miejscu.
Wstał więc z ziemi i otrzepał kolana. Spojrzał się na samolot zaparkowany w oddali, skupił się i w końcu umysł mu się rozjaśnił.
- Już wiem! - wykrzyknął i pobiegł w kierunku naturalnie zielonego (czyli zielonego ze starości) hangaru z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Będę bohaterem - pomyślał Hermenegild kiedy przypominał sobie plan w trakcie biegu. Pół godziny później nasz bohater siedział przyczajony za wielkimi pakunkami, które zawierały to COŚ. Nabiegłymi krwią oczami obserwował wnętrze hangaru czekając na znak. Wilgotne dłonie trzęsły mu się nienaturalnie, a rozbiegany wzrok zdradzał naturę szaleńca. Nagle, pod wpływem nerwów, wydał z sibie zduszony chichot i zaczął trzeć dłonie, na znak tego, że myśli. I wtedy stało się... Do hangaru wbiegł wielki czarny pies machając radośnie ogonem na widok Hermenegilda.
Ręce biednemu kelnerowi opadły.
- Przysłali ciebie? - kelner schował twarz w dłoniach i zaczął nerwowo chichitać. Po chwili spojrzał na psa i szpnął - Co masz dla mnie?
Pies wskazał pyskiem na torbę przymocowaną do swojego karku. Hermenegild powoli odwiązal pakunek i zaczął wyciągać z niego rzeczy: srebrną tacę z zaostrzonymi krawędziami do rzucania, nóż z wmontowanym śmiercionośnym laserem, granat w postaci solniczki, wybuchowe talerze i lśniące magnum. Twarz kelnera zdradzała napięcie, gdy wstał i poprawił ubranie. Po chwili skupienia ruszył szybkim krokiem, a za nim, radośnie machając ogonem, szedł czarny pies.
Hermenegild obejrzał się na kundla i pomyślał, "Mogą być problemy." Skrzywił się na myśl, że pies może zepsuć całą operację. Już miał ochotę go wygonić kiedy......................... pies zaczął powoli zmieniać się w człowieka. Gdzie były łapy, teraz były ręce i nogi, gdzie były uszy, były teraz czarne kołtuny, gdzie był pysk... była twarz mężczyzny, który na pewno niepozwoliłby nikomu powiedzieć do siebie, "Buda! Wąd mi stąd!"
- Możesz już zamknąć buzię, zaczynasz się ślinić - powiedział ten tajemniczy nieznajomy zniecierpliwionym głosem do zszokowanego Hermenegilda. - Nie mamy czasu więc przejdę do rzeczy. Musiałem użyć postać psa by się tu dostać niezauważonym. A... - jego spojrzenie padło na nadal niedowierzającego kelnera, - potrafię się przemienić w psa bo jestem animagusem. Nie mów, że o nas nie słyszałeś! Jestem Sirius - powiedział uśmiechając się z wysiłkiem po czym zatrzymał się i przyjaznym gestem wyciągnął dłoń do przerażonego kelnera, który
oślinił już sobie całą koszulę.
-Nazywam się Bury, tak do mnie mów - warknął animag i wyciągnął rękę do wciąż stojącego bez ruchu Hermenegilda. Ten odwzajemnił uścisk bez większego przekonania. - Ruszamy! - krzyknął Bury - Hau! o przepraszam - zawstydził się animag.
Ruszyli przed siebie. Z oddali słychać było strzały i wybuchy branatów, na niebie lśniła żółto - pomarańczowa łuna wojny.
-Hermenegildzie, zanim tam pójdziemy - Bury nagle się zatrzymał - musisz coś wiedzieć. Przysłali mnie tutaj ponieważ...... jestem Twoim ojcem.... i właścicielem katarynki.....
Hermenegild spojrzał na swojego domniemanego ojca.
- Co? Nie! Głupstwa wygadujesz! Ja już mam jednego tatusia!!! - wykrzyknął nagle i niechcący plunął prosto w oko Burego. Ten otarł sobie twarz rękawem i mruknął groźnie jakby zapomniał, że już nie jest psem lecz Hermenegild tego nie zauważył i kontynuował swoje krzyki gniewu. - Jak możesz obrażać mnie takimi bredniami!!!! Mój tatko jest moim jedynym ojcem! Skąd ty się wziąłeś??? Nie przyjmę tej wiadomości.... - nagle zamilkł a jego oczy powiększyły się z przerażenia. Tym razem zapytał się cicho - Zaraz, zaraz... czy powiedziałeś "właścicielem katarynki?"
-tak, jestem właścicielem katarynki. Tej katarynki, od której się to wszystko zaczęło. Czasy, których nie pamiętasz.
-Czy to znaczy, że wtedy pojawił się ON???? - Hermenegild czuł, że nogi nie mogą już wytrzymać jego własnego ciężąru, a świat zaczął wirować.
-Tak, ON jest Twoim bratem. Dostał w spadku katarynkę, a teraz musimy go zabić, by katarynkę odzyskać. Źle wykorzystał jej moc...
-Nie wierzę - wyszeptał Hermenegild i poczuł, jak okrywa go ciemność. Zemdlał spadając prosto w błoto tuż obok Burego. Bury otrzepał swoje buty z błotka i wymamrotał coś pod nosem z czego tylko "...mój syn..." i "... mięczakiem..." były słyszalne. Złapał Hermenegilda za kaptur i przeciągnął go spowrotem do hangaru.
- Będę musiał wszystko sam zrobić - mruknął pod nosem i zakasał rękawy. - Ale jego przydałoby się schować gdzieś... jeszcze... go.... znajdą - mówił do siebie rozglądając się po wszystkich kątach. Nagle jego uwagę zwrócił wielki, ciezki i zrobiony z najciezszej stali stroj rycerza, stojacy w samym rogu hangaru, wyjety jakby prosto z sredniowiecza!
Bury widzac ze Hermenegild odzyskuje przytomnosc podszedl z nim do tego ciezkiego sredniowiecznego stroju i kazal mu nalozyc go na siebie.
Po chwili gdy Hermenegildowi udalo sie wreszcie go nalozyc, nagle zauwazyli ze po drugiej stronie hangaru pojawily sie jakies osoby. Nasi bohaterowie nie zdazywszy nawet zareagowac nagle zauwazyli ze jedna z tych tajemniczych osob postrzelila z tajnej, dziwnej broni Hermenegilda! Jednak na szczescie metalowy stroj okazal sie kuloodporny. Bury widzac powstale zamieszanie
wyciągnął jeden z wybuchowych talerzy i go rzucił w stronę atakujących i z uśmiechem doświadczył satysfakcji z wybuchu
- Te maleństwa zawsze działają - powiedział do siebie po czym odwracając powoli twarz w stonę Hermenegilda, który zemdlał ponownie, spojrzał kątem oka na wejście do hangaru, gdzie w promieniach zachodzącego słońca stał 183 centymetrowy mężczyzna. Był to niewątpliwie samuraj, który powiedział:
- Nigdzie nie zabierzesz tego niewinnego człowieka, Sirius. Nie pozwolę na to!
- Myślisz, że mnie powstrzymasz przed zabraniem mojego syna tam, gdzie zechcę?- zapytał sarkastycznie Bury.
- Nie jesteś jego ojcem! Dobrze o tym wiesz! Jesteś tylko głupim sługusem W.E.S.Z.! Poza tym, udało mi się powstrzymać 50 najlepszych strażników cesarskich przed zabiciem mnie, więc ty nie będziesz stanowił problemu.- odpowiedział chłodno samuraj.
- Gdzie twoje maniery? Słyszałem, że samuraje są dobrze wychowani, więc może się przedstawisz?
- Jestem kulturalny, ale nie dla wrogów. Po co ci znajomość mojego imienia, skoro zaraz zginiesz? Ale dobrze, jestem Amidamaru.
- Co to za głupie imię?! Jesteś żałosny.
- Moje imię pochodzi od buddyjskiego boga, Amidy. Ja jestem żałosny?! Spójrz na siebie!- powiedział samuraj, po czym wskazał na mocno ubłocone ubranie Burego.
- Dość tego! Skoro chcesz walczyć, to proszę bardzo. Jestem gotowy.
I rozgorzała walka. Sirius rzucał w samuraja czym popadnie, a Amidamaru zręcznie odbijał kataną "pociski". Po pół godzinie zaciętej bitwy, kiedy Buremu skończyła się broń, a Hermenegild zaczynał się przebudzać, Japończyk przystawił Miecz Światła do gardła leżącego w kałuży błota Burego i powiedział:
- Masz jakieś ostatnie życzenie przed śmiercią?
W tym momencie Hermenegild doszedł do siebie i, spostrzegłszy że jego "nowy" ojciec zaraz zginie z rąk nieznanego człowieka, podbiegł do niego i próbował odciągnąć samuraja od Siriusa, jednak jego starania zakończyły się tragicznie, gdyż wyrywający się z uścisku kelnera Amidamaru zabił Burego. Hermenegild zrozumiał, że już niczego nie zdoła zrobić. Zaczął więc okładać pięściami mordercę, który początkowo przyjmował spokojnie ciosy, lecz cierpliwość samuraja też ma swoje granice, więc odepchnął mocno kelnera i powiedział:
- Uspokój się wreszcie! Daj mi wyjaśnić, bo przespałeś wszystko, co tu zaszło. Poza tym, za szybko uwierzyłeś człowiekowi, którego tak naprawdę nie znałeś. To nie był twój ojciec, tylko


wybaczcie, ale to wina mojej nowej fascynacji, czyli "Króla Szamanów"
Obrazek
Obrazek
Waheguru Ji Ka Khalsa!
Waheguru Ji Ki Fateh!

Kamikola
fantAStyczny
Posty: 503
Rejestracja: 2 lut 2005, 07:54
Lokalizacja: Kraina ASmerytów
Kontakt:

Post autor: Kamikola » 26 cze 2007, 05:37

157 km dalej na wiekim placu przed hangarem tajnej bazy pewnej paramilitarnej organizcji dążącej do szerokiego przewrotu społecznego i zawładnięcia rynkiem sprzedaży ludzkich protez, otworzyły się oczy młodego kelnera (jeszcze w roboczym ubraniu). Nie podnąsząc się z ziemi na której leżał obrócił głowę w jedną stronę, później powoli w drugą. Na jego twarzy pojawił się wyraz częściowo zamieszania, zdezorientowania i niepewności, które szybko zmieniły się w strach.
- Gdzie ja jestem???? - powiedział cicho i nadal rozglądając się podniósł się do pozycji siedzącej. Natychmiast jego głowa zabolała go tak mocno, że aż przymróżył oczy.
- Co się stało? - zajęczał łapiąc się za głowę jakby to mogło mu pomóc. - Jak ja się tu znalazłem?
W końcu krzyknął w nagłej rozpaczy: - Przecież nie leciałem lotem 815!!!... - krzyknął patrząc w kierunku zaparkowanego w oddali samolotu. Nie zdąrzył dobrze się zastanowić w jaki sposób mógłby się znaleść tak daleko od samolotu kiedy jego dumanie zostało przerwane przez dźwięk sygnału budzika. To był znak. Umówiony znak. Teraz miało się TO stać. TO na co czekał już od dawna. TO co było zaplanowne. TO co miało wywołać ... no właśnie! Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć co miał zrobić na dźwięk budzika. Tak to jest jak się je za dużo specyfików reklamowanych w mediach które rzekomo poprawiają pamięć - skutek jest wręcz odwrotny do zamierzonego. Nasz biedny, sfrustrowany kelner postanowił sobie wszystko powolutku przypomnieć i zaczął od swojego imienia.
- Mam na imię... nazywam się... A... A... Be.... Ce... De... E... eF... Gie... Ha... Ha? Tak! Nareszcie! Hermenegild! Piękne germańskie imię nadane w przypływie radości rodziców po zakupie w RFN 2 rolek tapet podczas delegacji z pracy w roku 1974. Choć tak naprawdę nie o zakupy tu chodziło, tylko o tą noc w hotelu, która zaowocowała 9 miesięcy później narodzinami naszego bohatera. A imię było po prostu wypisane na pieczątce producenta łóżka hotelowego - solidnego, dębowego ze znakem firmowym wyrytym ozdobnym gotykiem. Taka to była prawda w tym temacie. Ale myśli myślami, a tu czas wrócić do sedna rozważań bo czas ucieka - jest go coraz mniej, a tu tak ważne rzeczy mają się wkrótce stać. Zdarzenia decydujące o losie świata, bo oto już niedługo - nasz Hermenegild pomyślał - już niedługo miało się stać coś ważnego. Jego cel w tym odosobnionym miejscu.
Wstał więc z ziemi i otrzepał kolana. Spojrzał się na samolot zaparkowany w oddali, skupił się i w końcu umysł mu się rozjaśnił.
- Już wiem! - wykrzyknął i pobiegł w kierunku naturalnie zielonego (czyli zielonego ze starości) hangaru z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Będę bohaterem - pomyślał Hermenegild kiedy przypominał sobie plan w trakcie biegu. Pół godziny później nasz bohater siedział przyczajony za wielkimi pakunkami, które zawierały to COŚ. Nabiegłymi krwią oczami obserwował wnętrze hangaru czekając na znak. Wilgotne dłonie trzęsły mu się nienaturalnie, a rozbiegany wzrok zdradzał naturę szaleńca. Nagle, pod wpływem nerwów, wydał z sibie zduszony chichot i zaczął trzeć dłonie, na znak tego, że myśli. I wtedy stało się... Do hangaru wbiegł wielki czarny pies machając radośnie ogonem na widok Hermenegilda.
Ręce biednemu kelnerowi opadły.
- Przysłali ciebie? - kelner schował twarz w dłoniach i zaczął nerwowo chichitać. Po chwili spojrzał na psa i szpnął - Co masz dla mnie?
Pies wskazał pyskiem na torbę przymocowaną do swojego karku. Hermenegild powoli odwiązal pakunek i zaczął wyciągać z niego rzeczy: srebrną tacę z zaostrzonymi krawędziami do rzucania, nóż z wmontowanym śmiercionośnym laserem, granat w postaci solniczki, wybuchowe talerze i lśniące magnum. Twarz kelnera zdradzała napięcie, gdy wstał i poprawił ubranie. Po chwili skupienia ruszył szybkim krokiem, a za nim, radośnie machając ogonem, szedł czarny pies.
Hermenegild obejrzał się na kundla i pomyślał, "Mogą być problemy." Skrzywił się na myśl, że pies może zepsuć całą operację. Już miał ochotę go wygonić kiedy......................... pies zaczął powoli zmieniać się w człowieka. Gdzie były łapy, teraz były ręce i nogi, gdzie były uszy, były teraz czarne kołtuny, gdzie był pysk... była twarz mężczyzny, który na pewno niepozwoliłby nikomu powiedzieć do siebie, "Buda! Wąd mi stąd!"
- Możesz już zamknąć buzię, zaczynasz się ślinić - powiedział ten tajemniczy nieznajomy zniecierpliwionym głosem do zszokowanego Hermenegilda. - Nie mamy czasu więc przejdę do rzeczy. Musiałem użyć postać psa by się tu dostać niezauważonym. A... - jego spojrzenie padło na nadal niedowierzającego kelnera, - potrafię się przemienić w psa bo jestem animagusem. Nie mów, że o nas nie słyszałeś! Jestem Sirius - powiedział uśmiechając się z wysiłkiem po czym zatrzymał się i przyjaznym gestem wyciągnął dłoń do przerażonego kelnera, który
oślinił już sobie całą koszulę.
-Nazywam się Bury, tak do mnie mów - warknął animag i wyciągnął rękę do wciąż stojącego bez ruchu Hermenegilda. Ten odwzajemnił uścisk bez większego przekonania. - Ruszamy! - krzyknął Bury - Hau! o przepraszam - zawstydził się animag.
Ruszyli przed siebie. Z oddali słychać było strzały i wybuchy branatów, na niebie lśniła żółto - pomarańczowa łuna wojny.
-Hermenegildzie, zanim tam pójdziemy - Bury nagle się zatrzymał - musisz coś wiedzieć. Przysłali mnie tutaj ponieważ...... jestem Twoim ojcem.... i właścicielem katarynki.....
Hermenegild spojrzał na swojego domniemanego ojca.
- Co? Nie! Głupstwa wygadujesz! Ja już mam jednego tatusia!!! - wykrzyknął nagle i niechcący plunął prosto w oko Burego. Ten otarł sobie twarz rękawem i mruknął groźnie jakby zapomniał, że już nie jest psem lecz Hermenegild tego nie zauważył i kontynuował swoje krzyki gniewu. - Jak możesz obrażać mnie takimi bredniami!!!! Mój tatko jest moim jedynym ojcem! Skąd ty się wziąłeś??? Nie przyjmę tej wiadomości.... - nagle zamilkł a jego oczy powiększyły się z przerażenia. Tym razem zapytał się cicho - Zaraz, zaraz... czy powiedziałeś "właścicielem katarynki?"
-tak, jestem właścicielem katarynki. Tej katarynki, od której się to wszystko zaczęło. Czasy, których nie pamiętasz.
-Czy to znaczy, że wtedy pojawił się ON???? - Hermenegild czuł, że nogi nie mogą już wytrzymać jego własnego ciężąru, a świat zaczął wirować.
-Tak, ON jest Twoim bratem. Dostał w spadku katarynkę, a teraz musimy go zabić, by katarynkę odzyskać. Źle wykorzystał jej moc...
-Nie wierzę - wyszeptał Hermenegild i poczuł, jak okrywa go ciemność. Zemdlał spadając prosto w błoto tuż obok Burego. Bury otrzepał swoje buty z błotka i wymamrotał coś pod nosem z czego tylko "...mój syn..." i "... mięczakiem..." były słyszalne. Złapał Hermenegilda za kaptur i przeciągnął go spowrotem do hangaru.
- Będę musiał wszystko sam zrobić - mruknął pod nosem i zakasał rękawy. - Ale jego przydałoby się schować gdzieś... jeszcze... go.... znajdą - mówił do siebie rozglądając się po wszystkich kątach. Nagle jego uwagę zwrócił wielki, ciezki i zrobiony z najciezszej stali stroj rycerza, stojacy w samym rogu hangaru, wyjety jakby prosto z sredniowiecza!
Bury widzac ze Hermenegild odzyskuje przytomnosc podszedl z nim do tego ciezkiego sredniowiecznego stroju i kazal mu nalozyc go na siebie.
Po chwili gdy Hermenegildowi udalo sie wreszcie go nalozyc, nagle zauwazyli ze po drugiej stronie hangaru pojawily sie jakies osoby. Nasi bohaterowie nie zdazywszy nawet zareagowac nagle zauwazyli ze jedna z tych tajemniczych osob postrzelila z tajnej, dziwnej broni Hermenegilda! Jednak na szczescie metalowy stroj okazal sie kuloodporny. Bury widzac powstale zamieszanie
wyciągnął jeden z wybuchowych talerzy i go rzucił w stronę atakujących i z uśmiechem doświadczył satysfakcji z wybuchu
- Te maleństwa zawsze działają - powiedział do siebie po czym odwracając powoli twarz w stonę Hermenegilda, który zemdlał ponownie, spojrzał kątem oka na wejście do hangaru, gdzie w promieniach zachodzącego słońca stał 183 centymetrowy mężczyzna. Był to niewątpliwie samuraj, który powiedział:
- Nigdzie nie zabierzesz tego niewinnego człowieka, Sirius. Nie pozwolę na to!
- Myślisz, że mnie powstrzymasz przed zabraniem mojego syna tam, gdzie zechcę?- zapytał sarkastycznie Bury.
- Nie jesteś jego ojcem! Dobrze o tym wiesz! Jesteś tylko głupim sługusem W.E.S.Z.! Poza tym, udało mi się powstrzymać 50 najlepszych strażników cesarskich przed zabiciem mnie, więc ty nie będziesz stanowił problemu.- odpowiedział chłodno samuraj.
- Gdzie twoje maniery? Słyszałem, że samuraje są dobrze wychowani, więc może się przedstawisz?
- Jestem kulturalny, ale nie dla wrogów. Po co ci znajomość mojego imienia, skoro zaraz zginiesz? Ale dobrze, jestem Amidamaru.
- Co to za głupie imię?! Jesteś żałosny.
- Moje imię pochodzi od buddyjskiego boga, Amidy. Ja jestem żałosny?! Spójrz na siebie!- powiedział samuraj, po czym wskazał na mocno ubłocone ubranie Burego.
- Dość tego! Skoro chcesz walczyć, to proszę bardzo. Jestem gotowy.
I rozgorzała walka. Sirius rzucał w samuraja czym popadnie, a Amidamaru zręcznie odbijał kataną "pociski". Po pół godzinie zaciętej bitwy, kiedy Buremu skończyła się broń, a Hermenegild zaczynał się przebudzać, Japończyk przystawił Miecz Światła do gardła leżącego w kałuży błota Burego i powiedział:
- Masz jakieś ostatnie życzenie przed śmiercią?
W tym momencie Hermenegild doszedł do siebie i, spostrzegłszy że jego "nowy" ojciec zaraz zginie z rąk nieznanego człowieka, podbiegł do niego i próbował odciągnąć samuraja od Siriusa, jednak jego starania zakończyły się tragicznie, gdyż wyrywający się z uścisku kelnera Amidamaru zabił Burego. Hermenegild zrozumiał, że już niczego nie zdoła zrobić. Zaczął więc okładać pięściami mordercę, który początkowo przyjmował spokojnie ciosy, lecz cierpliwość samuraja też ma swoje granice, więc odepchnął mocno kelnera i powiedział:
- Uspokój się wreszcie! Daj mi wyjaśnić, bo przespałeś wszystko, co tu zaszło. Poza tym, za szybko uwierzyłeś człowiekowi, którego tak naprawdę nie znałeś. To nie był twój ojciec, tylko
szpieg próbujący się dobrać do katarynki. Ale nie martw się chłopcze. Teraz jesteś w dobrych rękach.
Hermenegild spojrzał na zakrwawione szaty Japończyka i nie mógł uwierzyć jego słowom. Choć poznał Burego tylko chwilę temu, jak mu się zdawało, czuł wielki smutek patrząc na jego nieruchome ciało.
Nagle zauważył coś niezwykłego unoszącego się nad ciałem Burego. Był to duch w postaci czarnego psa. Unosił się do góry opuszczając ciało upadłego bohatera. Lecz zanim zniknął spojrzał się w stronę naszego kelnera i powiedział cicho:
- Uważaj komu ufasz. Kiedyś zrozumiesz co tu się dzisiaj stało - po czym zniknął w chmurach.




Nie mogę uwierzyć, że zabiłaś mojego Siriusa. :evil: Aż mi się strasznie smutno zrobiło. :( Gdziekolwiek się pojawi to go zabiją. Biedna psina.
Moja najnowsza fascynacja: Jackie ChanObrazek

Awatar użytkownika
Magda
bASyliszek
Posty: 1112
Rejestracja: 1 sty 2007, 18:26
Lokalizacja: Gotei13/Seireitei/Soul Society
Kontakt:

Post autor: Magda » 26 cze 2007, 15:56

157 km dalej na wiekim placu przed hangarem tajnej bazy pewnej paramilitarnej organizcji dążącej do szerokiego przewrotu społecznego i zawładnięcia rynkiem sprzedaży ludzkich protez, otworzyły się oczy młodego kelnera (jeszcze w roboczym ubraniu). Nie podnąsząc się z ziemi na której leżał obrócił głowę w jedną stronę, później powoli w drugą. Na jego twarzy pojawił się wyraz częściowo zamieszania, zdezorientowania i niepewności, które szybko zmieniły się w strach.
- Gdzie ja jestem???? - powiedział cicho i nadal rozglądając się podniósł się do pozycji siedzącej. Natychmiast jego głowa zabolała go tak mocno, że aż przymróżył oczy.
- Co się stało? - zajęczał łapiąc się za głowę jakby to mogło mu pomóc. - Jak ja się tu znalazłem?
W końcu krzyknął w nagłej rozpaczy: - Przecież nie leciałem lotem 815!!!... - krzyknął patrząc w kierunku zaparkowanego w oddali samolotu. Nie zdąrzył dobrze się zastanowić w jaki sposób mógłby się znaleść tak daleko od samolotu kiedy jego dumanie zostało przerwane przez dźwięk sygnału budzika. To był znak. Umówiony znak. Teraz miało się TO stać. TO na co czekał już od dawna. TO co było zaplanowne. TO co miało wywołać ... no właśnie! Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć co miał zrobić na dźwięk budzika. Tak to jest jak się je za dużo specyfików reklamowanych w mediach które rzekomo poprawiają pamięć - skutek jest wręcz odwrotny do zamierzonego. Nasz biedny, sfrustrowany kelner postanowił sobie wszystko powolutku przypomnieć i zaczął od swojego imienia.
- Mam na imię... nazywam się... A... A... Be.... Ce... De... E... eF... Gie... Ha... Ha? Tak! Nareszcie! Hermenegild! Piękne germańskie imię nadane w przypływie radości rodziców po zakupie w RFN 2 rolek tapet podczas delegacji z pracy w roku 1974. Choć tak naprawdę nie o zakupy tu chodziło, tylko o tą noc w hotelu, która zaowocowała 9 miesięcy później narodzinami naszego bohatera. A imię było po prostu wypisane na pieczątce producenta łóżka hotelowego - solidnego, dębowego ze znakem firmowym wyrytym ozdobnym gotykiem. Taka to była prawda w tym temacie. Ale myśli myślami, a tu czas wrócić do sedna rozważań bo czas ucieka - jest go coraz mniej, a tu tak ważne rzeczy mają się wkrótce stać. Zdarzenia decydujące o losie świata, bo oto już niedługo - nasz Hermenegild pomyślał - już niedługo miało się stać coś ważnego. Jego cel w tym odosobnionym miejscu.
Wstał więc z ziemi i otrzepał kolana. Spojrzał się na samolot zaparkowany w oddali, skupił się i w końcu umysł mu się rozjaśnił.
- Już wiem! - wykrzyknął i pobiegł w kierunku naturalnie zielonego (czyli zielonego ze starości) hangaru z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Będę bohaterem - pomyślał Hermenegild kiedy przypominał sobie plan w trakcie biegu. Pół godziny później nasz bohater siedział przyczajony za wielkimi pakunkami, które zawierały to COŚ. Nabiegłymi krwią oczami obserwował wnętrze hangaru czekając na znak. Wilgotne dłonie trzęsły mu się nienaturalnie, a rozbiegany wzrok zdradzał naturę szaleńca. Nagle, pod wpływem nerwów, wydał z sibie zduszony chichot i zaczął trzeć dłonie, na znak tego, że myśli. I wtedy stało się... Do hangaru wbiegł wielki czarny pies machając radośnie ogonem na widok Hermenegilda.
Ręce biednemu kelnerowi opadły.
- Przysłali ciebie? - kelner schował twarz w dłoniach i zaczął nerwowo chichitać. Po chwili spojrzał na psa i szpnął - Co masz dla mnie?
Pies wskazał pyskiem na torbę przymocowaną do swojego karku. Hermenegild powoli odwiązal pakunek i zaczął wyciągać z niego rzeczy: srebrną tacę z zaostrzonymi krawędziami do rzucania, nóż z wmontowanym śmiercionośnym laserem, granat w postaci solniczki, wybuchowe talerze i lśniące magnum. Twarz kelnera zdradzała napięcie, gdy wstał i poprawił ubranie. Po chwili skupienia ruszył szybkim krokiem, a za nim, radośnie machając ogonem, szedł czarny pies.
Hermenegild obejrzał się na kundla i pomyślał, "Mogą być problemy." Skrzywił się na myśl, że pies może zepsuć całą operację. Już miał ochotę go wygonić kiedy......................... pies zaczął powoli zmieniać się w człowieka. Gdzie były łapy, teraz były ręce i nogi, gdzie były uszy, były teraz czarne kołtuny, gdzie był pysk... była twarz mężczyzny, który na pewno niepozwoliłby nikomu powiedzieć do siebie, "Buda! Wąd mi stąd!"
- Możesz już zamknąć buzię, zaczynasz się ślinić - powiedział ten tajemniczy nieznajomy zniecierpliwionym głosem do zszokowanego Hermenegilda. - Nie mamy czasu więc przejdę do rzeczy. Musiałem użyć postać psa by się tu dostać niezauważonym. A... - jego spojrzenie padło na nadal niedowierzającego kelnera, - potrafię się przemienić w psa bo jestem animagusem. Nie mów, że o nas nie słyszałeś! Jestem Sirius - powiedział uśmiechając się z wysiłkiem po czym zatrzymał się i przyjaznym gestem wyciągnął dłoń do przerażonego kelnera, który
oślinił już sobie całą koszulę.
-Nazywam się Bury, tak do mnie mów - warknął animag i wyciągnął rękę do wciąż stojącego bez ruchu Hermenegilda. Ten odwzajemnił uścisk bez większego przekonania. - Ruszamy! - krzyknął Bury - Hau! o przepraszam - zawstydził się animag.
Ruszyli przed siebie. Z oddali słychać było strzały i wybuchy branatów, na niebie lśniła żółto - pomarańczowa łuna wojny.
-Hermenegildzie, zanim tam pójdziemy - Bury nagle się zatrzymał - musisz coś wiedzieć. Przysłali mnie tutaj ponieważ...... jestem Twoim ojcem.... i właścicielem katarynki.....
Hermenegild spojrzał na swojego domniemanego ojca.
- Co? Nie! Głupstwa wygadujesz! Ja już mam jednego tatusia!!! - wykrzyknął nagle i niechcący plunął prosto w oko Burego. Ten otarł sobie twarz rękawem i mruknął groźnie jakby zapomniał, że już nie jest psem lecz Hermenegild tego nie zauważył i kontynuował swoje krzyki gniewu. - Jak możesz obrażać mnie takimi bredniami!!!! Mój tatko jest moim jedynym ojcem! Skąd ty się wziąłeś??? Nie przyjmę tej wiadomości.... - nagle zamilkł a jego oczy powiększyły się z przerażenia. Tym razem zapytał się cicho - Zaraz, zaraz... czy powiedziałeś "właścicielem katarynki?"
-tak, jestem właścicielem katarynki. Tej katarynki, od której się to wszystko zaczęło. Czasy, których nie pamiętasz.
-Czy to znaczy, że wtedy pojawił się ON???? - Hermenegild czuł, że nogi nie mogą już wytrzymać jego własnego ciężąru, a świat zaczął wirować.
-Tak, ON jest Twoim bratem. Dostał w spadku katarynkę, a teraz musimy go zabić, by katarynkę odzyskać. Źle wykorzystał jej moc...
-Nie wierzę - wyszeptał Hermenegild i poczuł, jak okrywa go ciemność. Zemdlał spadając prosto w błoto tuż obok Burego. Bury otrzepał swoje buty z błotka i wymamrotał coś pod nosem z czego tylko "...mój syn..." i "... mięczakiem..." były słyszalne. Złapał Hermenegilda za kaptur i przeciągnął go spowrotem do hangaru.
- Będę musiał wszystko sam zrobić - mruknął pod nosem i zakasał rękawy. - Ale jego przydałoby się schować gdzieś... jeszcze... go.... znajdą - mówił do siebie rozglądając się po wszystkich kątach. Nagle jego uwagę zwrócił wielki, ciezki i zrobiony z najciezszej stali stroj rycerza, stojacy w samym rogu hangaru, wyjety jakby prosto z sredniowiecza!
Bury widzac ze Hermenegild odzyskuje przytomnosc podszedl z nim do tego ciezkiego sredniowiecznego stroju i kazal mu nalozyc go na siebie.
Po chwili gdy Hermenegildowi udalo sie wreszcie go nalozyc, nagle zauwazyli ze po drugiej stronie hangaru pojawily sie jakies osoby. Nasi bohaterowie nie zdazywszy nawet zareagowac nagle zauwazyli ze jedna z tych tajemniczych osob postrzelila z tajnej, dziwnej broni Hermenegilda! Jednak na szczescie metalowy stroj okazal sie kuloodporny. Bury widzac powstale zamieszanie
wyciągnął jeden z wybuchowych talerzy i go rzucił w stronę atakujących i z uśmiechem doświadczył satysfakcji z wybuchu
- Te maleństwa zawsze działają - powiedział do siebie po czym odwracając powoli twarz w stonę Hermenegilda, który zemdlał ponownie, spojrzał kątem oka na wejście do hangaru, gdzie w promieniach zachodzącego słońca stał 183 centymetrowy mężczyzna. Był to niewątpliwie samuraj, który powiedział:
- Nigdzie nie zabierzesz tego niewinnego człowieka, Sirius. Nie pozwolę na to!
- Myślisz, że mnie powstrzymasz przed zabraniem mojego syna tam, gdzie zechcę?- zapytał sarkastycznie Bury.
- Nie jesteś jego ojcem! Dobrze o tym wiesz! Jesteś tylko głupim sługusem W.E.S.Z.! Poza tym, udało mi się powstrzymać 50 najlepszych strażników cesarskich przed zabiciem mnie, więc ty nie będziesz stanowił problemu.- odpowiedział chłodno samuraj.
- Gdzie twoje maniery? Słyszałem, że samuraje są dobrze wychowani, więc może się przedstawisz?
- Jestem kulturalny, ale nie dla wrogów. Po co ci znajomość mojego imienia, skoro zaraz zginiesz? Ale dobrze, jestem Amidamaru.
- Co to za głupie imię?! Jesteś żałosny.
- Moje imię pochodzi od buddyjskiego boga, Amidy. Ja jestem żałosny?! Spójrz na siebie!- powiedział samuraj, po czym wskazał na mocno ubłocone ubranie Burego.
- Dość tego! Skoro chcesz walczyć, to proszę bardzo. Jestem gotowy.
I rozgorzała walka. Sirius rzucał w samuraja czym popadnie, a Amidamaru zręcznie odbijał kataną "pociski". Po pół godzinie zaciętej bitwy, kiedy Buremu skończyła się broń, a Hermenegild zaczynał się przebudzać, Japończyk przystawił Miecz Światła do gardła leżącego w kałuży błota Burego i powiedział:
- Masz jakieś ostatnie życzenie przed śmiercią?
W tym momencie Hermenegild doszedł do siebie i, spostrzegłszy że jego "nowy" ojciec zaraz zginie z rąk nieznanego człowieka, podbiegł do niego i próbował odciągnąć samuraja od Siriusa, jednak jego starania zakończyły się tragicznie, gdyż wyrywający się z uścisku kelnera Amidamaru zabił Burego. Hermenegild zrozumiał, że już niczego nie zdoła zrobić. Zaczął więc okładać pięściami mordercę, który początkowo przyjmował spokojnie ciosy, lecz cierpliwość samuraja też ma swoje granice, więc odepchnął mocno kelnera i powiedział:
- Uspokój się wreszcie! Daj mi wyjaśnić, bo przespałeś wszystko, co tu zaszło. Poza tym, za szybko uwierzyłeś człowiekowi, którego tak naprawdę nie znałeś. To nie był twój ojciec, tylko szpieg próbujący się dobrać do katarynki. Ale nie martw się chłopcze. Teraz jesteś w dobrych rękach.
Hermenegild spojrzał na zakrwawione szaty Japończyka i nie mógł uwierzyć jego słowom. Choć poznał Burego tylko chwilę temu, jak mu się zdawało, czuł wielki smutek patrząc na jego nieruchome ciało.
Nagle zauważył coś niezwykłego unoszącego się nad ciałem Burego. Był to duch w postaci czarnego psa. Unosił się do góry opuszczając ciało upadłego bohatera. Lecz zanim zniknął spojrzał się w stronę naszego kelnera i powiedział cicho:
- Uważaj komu ufasz. Kiedyś zrozumiesz co tu się dzisiaj stało - po czym zniknął w chmurach.
- Wyszczekał, co wiedział.- powiedział Amidamaru sarkastycznie, po czym dodał już nieco spokojniej- Nie martw się, jak się dobrze postara, to zostanie czyimś duchem- stróżem. Może jakaś naiwna samiczka się nim zainteresuje...
- Przestań tak o nim mówić! A jeśli to był naprawdę mój ojciec?
- Sam nie wierzysz w to, co mówisz. On nie był twoim ojcem, lecz szpiegiem tajnej organizacji W.E.S.Z., zajmującej się tworzeniem protez zębowych, pod wpływem których osoby je noszące stawały się bezwolnymi sługami Shigeru. Chyba wiesz, kto to?
- Nic nie wiem o tym człowieku.
- Nie czytasz prasy?!- szczerze zdziwił się samuraj- Shigeru to szef tej organizacji. Jest znany tylko z brania łapówek i drobnych przekrętów, podczas gdy tylko nieliczni wiedzą o jego działalności.
- A ty skąd o tym wiesz? Pewnie z nimi współpracujesz.
- Pudło, młodzieńcze. Mam swoje przecieki. Ale to nieistotne. Sirius nie pomylił się w tylko jednej, drobnej kwestii- ON, a dokładniej Akihito, jest twoim bratem, ale tylko przybranym, bo jest on Japończykiem, tak jak ja i, niestety, Shigeru. Twój brat jest prawowitym właścicielem katarynki, którą dostał od pierwotnych posiadaczy, chińskiej rodziny Tao. Wiem, że nie lubimy się z Chińczykami, ale Akihito uratował życie głowy rodziny Tao, Wongowi. Wdzięczny Wong oddał katarynkę właśnie twojemu bratu. A że ta rodzina ma duże wpływy w państwie, to swoim czynem Akihito uratował nas od wojny i stał się bohaterem narodowym. Tyle tytułem wyjaśnienia, a teraz ogarnij się, bo jesteś cały ubłocony. Jak skończysz, to daj znać. Będę na zewnątrz.
- Daj mi to wszystko jakoś sobie ułożyć.- zaprotestował Hermenegild.
- Nie ma na to czasu. Chyba nie każesz bohaterowi czekać na siebie?- powiedział Japończyk.
- CO?!
- Nie drzyj się!- zdenerwował się Amidamaru i uderzył kelnera pochwą swojego miecza- Wszędzie mogą być szpiedzy Shigeru. Słyszałem, że ma pod sobą animagów i to o wiele silniejszych niż ten beznadziejny...jak go nazywałeś? Bury? Nie ważne. Jeśli chcesz jeszcze pożyć, to lepiej mnie posłuchaj- milcz i idź za mną. Na lepszego ochroniarza liczyć nie możesz, przynajmniej narazie.
- Ale...
- Nie ma żadnego "ale". Umyj się w tamtej misce, tylko sprawdź, czy to napewno woda. Musisz dobrze wyglądać, bo spotkasz swojego brata. Mam jedną prośbę- pospiesz się.- powiedział samuraj i wskazał na naczynie stojące na pudłach, przy przeciwległej ścianie.
- Dobra, dobra, już pędzę.- odparł zrezygnowany Hermenegild.



Kamikola, znajdziesz swojego faworyta, tylko napisz, który to, żebym go nie pozbawiła życia :)
Obrazek
Obrazek
Waheguru Ji Ka Khalsa!
Waheguru Ji Ki Fateh!

Awatar użytkownika
DZIEWICA8
zarASek
Posty: 1874
Rejestracja: 6 paź 2006, 09:33
Lokalizacja: z Lublina

Historyjka

Post autor: DZIEWICA8 » 15 mar 2012, 12:03

157 km dalej na wiekim placu przed hangarem tajnej bazy pewnej paramilitarnej organizcji dążącej do szerokiego przewrotu społecznego i zawładnięcia rynkiem sprzedaży ludzkich protez, otworzyły się oczy młodego kelnera (jeszcze w roboczym ubraniu). Nie podnąsząc się z ziemi na której leżał obrócił głowę w jedną stronę, później powoli w drugą. Na jego twarzy pojawił się wyraz częściowo zamieszania, zdezorientowania i niepewności, które szybko zmieniły się w strach.
- Gdzie ja jestem???? - powiedział cicho i nadal rozglądając się podniósł się do pozycji siedzącej. Natychmiast jego głowa zabolała go tak mocno, że aż przymróżył oczy.
- Co się stało? - zajęczał łapiąc się za głowę jakby to mogło mu pomóc. - Jak ja się tu znalazłem?
W końcu krzyknął w nagłej rozpaczy: - Przecież nie leciałem lotem 815!!!... - krzyknął patrząc w kierunku zaparkowanego w oddali samolotu. Nie zdąrzył dobrze się zastanowić w jaki sposób mógłby się znaleść tak daleko od samolotu kiedy jego dumanie zostało przerwane przez dźwięk sygnału budzika. To był znak. Umówiony znak. Teraz miało się TO stać. TO na co czekał już od dawna. TO co było zaplanowne. TO co miało wywołać ... no właśnie! Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć co miał zrobić na dźwięk budzika. Tak to jest jak się je za dużo specyfików reklamowanych w mediach które rzekomo poprawiają pamięć - skutek jest wręcz odwrotny do zamierzonego. Nasz biedny, sfrustrowany kelner postanowił sobie wszystko powolutku przypomnieć i zaczął od swojego imienia.
- Mam na imię... nazywam się... A... A... Be.... Ce... De... E... eF... Gie... Ha... Ha? Tak! Nareszcie! Hermenegild! Piękne germańskie imię nadane w przypływie radości rodziców po zakupie w RFN 2 rolek tapet podczas delegacji z pracy w roku 1974. Choć tak naprawdę nie o zakupy tu chodziło, tylko o tą noc w hotelu, która zaowocowała 9 miesięcy później narodzinami naszego bohatera. A imię było po prostu wypisane na pieczątce producenta łóżka hotelowego - solidnego, dębowego ze znakem firmowym wyrytym ozdobnym gotykiem. Taka to była prawda w tym temacie. Ale myśli myślami, a tu czas wrócić do sedna rozważań bo czas ucieka - jest go coraz mniej, a tu tak ważne rzeczy mają się wkrótce stać. Zdarzenia decydujące o losie świata, bo oto już niedługo - nasz Hermenegild pomyślał - już niedługo miało się stać coś ważnego. Jego cel w tym odosobnionym miejscu.
Wstał więc z ziemi i otrzepał kolana. Spojrzał się na samolot zaparkowany w oddali, skupił się i w końcu umysł mu się rozjaśnił.
- Już wiem! - wykrzyknął i pobiegł w kierunku naturalnie zielonego (czyli zielonego ze starości) hangaru z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Będę bohaterem - pomyślał Hermenegild kiedy przypominał sobie plan w trakcie biegu. Pół godziny później nasz bohater siedział przyczajony za wielkimi pakunkami, które zawierały to COŚ. Nabiegłymi krwią oczami obserwował wnętrze hangaru czekając na znak. Wilgotne dłonie trzęsły mu się nienaturalnie, a rozbiegany wzrok zdradzał naturę szaleńca. Nagle, pod wpływem nerwów, wydał z sibie zduszony chichot i zaczął trzeć dłonie, na znak tego, że myśli. I wtedy stało się... Do hangaru wbiegł wielki czarny pies machając radośnie ogonem na widok Hermenegilda.
Ręce biednemu kelnerowi opadły.
- Przysłali ciebie? - kelner schował twarz w dłoniach i zaczął nerwowo chichitać. Po chwili spojrzał na psa i szpnął - Co masz dla mnie?
Pies wskazał pyskiem na torbę przymocowaną do swojego karku. Hermenegild powoli odwiązal pakunek i zaczął wyciągać z niego rzeczy: srebrną tacę z zaostrzonymi krawędziami do rzucania, nóż z wmontowanym śmiercionośnym laserem, granat w postaci solniczki, wybuchowe talerze i lśniące magnum. Twarz kelnera zdradzała napięcie, gdy wstał i poprawił ubranie. Po chwili skupienia ruszył szybkim krokiem, a za nim, radośnie machając ogonem, szedł czarny pies.
Hermenegild obejrzał się na kundla i pomyślał, "Mogą być problemy." Skrzywił się na myśl, że pies może zepsuć całą operację. Już miał ochotę go wygonić kiedy......................... pies zaczął powoli zmieniać się w człowieka. Gdzie były łapy, teraz były ręce i nogi, gdzie były uszy, były teraz czarne kołtuny, gdzie był pysk... była twarz mężczyzny, który na pewno niepozwoliłby nikomu powiedzieć do siebie, "Buda! Wąd mi stąd!"
- Możesz już zamknąć buzię, zaczynasz się ślinić - powiedział ten tajemniczy nieznajomy zniecierpliwionym głosem do zszokowanego Hermenegilda. - Nie mamy czasu więc przejdę do rzeczy. Musiałem użyć postać psa by się tu dostać niezauważonym. A... - jego spojrzenie padło na nadal niedowierzającego kelnera, - potrafię się przemienić w psa bo jestem animagusem. Nie mów, że o nas nie słyszałeś! Jestem Sirius - powiedział uśmiechając się z wysiłkiem po czym zatrzymał się i przyjaznym gestem wyciągnął dłoń do przerażonego kelnera, który
oślinił już sobie całą koszulę.
-Nazywam się Bury, tak do mnie mów - warknął animag i wyciągnął rękę do wciąż stojącego bez ruchu Hermenegilda. Ten odwzajemnił uścisk bez większego przekonania. - Ruszamy! - krzyknął Bury - Hau! o przepraszam - zawstydził się animag.
Ruszyli przed siebie. Z oddali słychać było strzały i wybuchy branatów, na niebie lśniła żółto - pomarańczowa łuna wojny.
-Hermenegildzie, zanim tam pójdziemy - Bury nagle się zatrzymał - musisz coś wiedzieć. Przysłali mnie tutaj ponieważ...... jestem Twoim ojcem.... i właścicielem katarynki.....
Hermenegild spojrzał na swojego domniemanego ojca.
- Co? Nie! Głupstwa wygadujesz! Ja już mam jednego tatusia!!! - wykrzyknął nagle i niechcący plunął prosto w oko Burego. Ten otarł sobie twarz rękawem i mruknął groźnie jakby zapomniał, że już nie jest psem lecz Hermenegild tego nie zauważył i kontynuował swoje krzyki gniewu. - Jak możesz obrażać mnie takimi bredniami!!!! Mój tatko jest moim jedynym ojcem! Skąd ty się wziąłeś??? Nie przyjmę tej wiadomości.... - nagle zamilkł a jego oczy powiększyły się z przerażenia. Tym razem zapytał się cicho - Zaraz, zaraz... czy powiedziałeś "właścicielem katarynki?"
-tak, jestem właścicielem katarynki. Tej katarynki, od której się to wszystko zaczęło. Czasy, których nie pamiętasz.
-Czy to znaczy, że wtedy pojawił się ON???? - Hermenegild czuł, że nogi nie mogą już wytrzymać jego własnego ciężąru, a świat zaczął wirować.
-Tak, ON jest Twoim bratem. Dostał w spadku katarynkę, a teraz musimy go zabić, by katarynkę odzyskać. Źle wykorzystał jej moc...
-Nie wierzę - wyszeptał Hermenegild i poczuł, jak okrywa go ciemność. Zemdlał spadając prosto w błoto tuż obok Burego. Bury otrzepał swoje buty z błotka i wymamrotał coś pod nosem z czego tylko "...mój syn..." i "... mięczakiem..." były słyszalne. Złapał Hermenegilda za kaptur i przeciągnął go spowrotem do hangaru.
- Będę musiał wszystko sam zrobić - mruknął pod nosem i zakasał rękawy. - Ale jego przydałoby się schować gdzieś... jeszcze... go.... znajdą - mówił do siebie rozglądając się po wszystkich kątach. Nagle jego uwagę zwrócił wielki, ciezki i zrobiony z najciezszej stali stroj rycerza, stojacy w samym rogu hangaru, wyjety jakby prosto z sredniowiecza!
Bury widzac ze Hermenegild odzyskuje przytomnosc podszedl z nim do tego ciezkiego sredniowiecznego stroju i kazal mu nalozyc go na siebie.
Po chwili gdy Hermenegildowi udalo sie wreszcie go nalozyc, nagle zauwazyli ze po drugiej stronie hangaru pojawily sie jakies osoby. Nasi bohaterowie nie zdazywszy nawet zareagowac nagle zauwazyli ze jedna z tych tajemniczych osob postrzelila z tajnej, dziwnej broni Hermenegilda! Jednak na szczescie metalowy stroj okazal sie kuloodporny. Bury widzac powstale zamieszanie
wyciągnął jeden z wybuchowych talerzy i go rzucił w stronę atakujących i z uśmiechem doświadczył satysfakcji z wybuchu
- Te maleństwa zawsze działają - powiedział do siebie po czym odwracając powoli twarz w stonę Hermenegilda, który zemdlał ponownie, spojrzał kątem oka na wejście do hangaru, gdzie w promieniach zachodzącego słońca stał 183 centymetrowy mężczyzna. Był to niewątpliwie samuraj, który powiedział:
- Nigdzie nie zabierzesz tego niewinnego człowieka, Sirius. Nie pozwolę na to!
- Myślisz, że mnie powstrzymasz przed zabraniem mojego syna tam, gdzie zechcę?- zapytał sarkastycznie Bury.
- Nie jesteś jego ojcem! Dobrze o tym wiesz! Jesteś tylko głupim sługusem W.E.S.Z.! Poza tym, udało mi się powstrzymać 50 najlepszych strażników cesarskich przed zabiciem mnie, więc ty nie będziesz stanowił problemu.- odpowiedział chłodno samuraj.
- Gdzie twoje maniery? Słyszałem, że samuraje są dobrze wychowani, więc może się przedstawisz?
- Jestem kulturalny, ale nie dla wrogów. Po co ci znajomość mojego imienia, skoro zaraz zginiesz? Ale dobrze, jestem Amidamaru.
- Co to za głupie imię?! Jesteś żałosny.
- Moje imię pochodzi od buddyjskiego boga, Amidy. Ja jestem żałosny?! Spójrz na siebie!- powiedział samuraj, po czym wskazał na mocno ubłocone ubranie Burego.
- Dość tego! Skoro chcesz walczyć, to proszę bardzo. Jestem gotowy.
I rozgorzała walka. Sirius rzucał w samuraja czym popadnie, a Amidamaru zręcznie odbijał kataną "pociski". Po pół godzinie zaciętej bitwy, kiedy Buremu skończyła się broń, a Hermenegild zaczynał się przebudzać, Japończyk przystawił Miecz Światła do gardła leżącego w kałuży błota Burego i powiedział:
- Masz jakieś ostatnie życzenie przed śmiercią?
W tym momencie Hermenegild doszedł do siebie i, spostrzegłszy że jego "nowy" ojciec zaraz zginie z rąk nieznanego człowieka, podbiegł do niego i próbował odciągnąć samuraja od Siriusa, jednak jego starania zakończyły się tragicznie, gdyż wyrywający się z uścisku kelnera Amidamaru zabił Burego. Hermenegild zrozumiał, że już niczego nie zdoła zrobić. Zaczął więc okładać pięściami mordercę, który początkowo przyjmował spokojnie ciosy, lecz cierpliwość samuraja też ma swoje granice, więc odepchnął mocno kelnera i powiedział:
- Uspokój się wreszcie! Daj mi wyjaśnić, bo przespałeś wszystko, co tu zaszło. Poza tym, za szybko uwierzyłeś człowiekowi, którego tak naprawdę nie znałeś. To nie był twój ojciec, tylko szpieg próbujący się dobrać do katarynki. Ale nie martw się chłopcze. Teraz jesteś w dobrych rękach.
Hermenegild spojrzał na zakrwawione szaty Japończyka i nie mógł uwierzyć jego słowom. Choć poznał Burego tylko chwilę temu, jak mu się zdawało, czuł wielki smutek patrząc na jego nieruchome ciało.
Nagle zauważył coś niezwykłego unoszącego się nad ciałem Burego. Był to duch w postaci czarnego psa. Unosił się do góry opuszczając ciało upadłego bohatera. Lecz zanim zniknął spojrzał się w stronę naszego kelnera i powiedział cicho:
- Uważaj komu ufasz. Kiedyś zrozumiesz co tu się dzisiaj stało - po czym zniknął w chmurach.
- Wyszczekał, co wiedział.- powiedział Amidamaru sarkastycznie, po czym dodał już nieco spokojniej- Nie martw się, jak się dobrze postara, to zostanie czyimś duchem- stróżem. Może jakaś naiwna samiczka się nim zainteresuje...
- Przestań tak o nim mówić! A jeśli to był naprawdę mój ojciec?
- Sam nie wierzysz w to, co mówisz. On nie był twoim ojcem, lecz szpiegiem tajnej organizacji W.E.S.Z., zajmującej się tworzeniem protez zębowych, pod wpływem których osoby je noszące stawały się bezwolnymi sługami Shigeru. Chyba wiesz, kto to?
- Nic nie wiem o tym człowieku.
- Nie czytasz prasy?!- szczerze zdziwił się samuraj- Shigeru to szef tej organizacji. Jest znany tylko z brania łapówek i drobnych przekrętów, podczas gdy tylko nieliczni wiedzą o jego działalności.
- A ty skąd o tym wiesz? Pewnie z nimi współpracujesz.
- Pudło, młodzieńcze. Mam swoje przecieki. Ale to nieistotne. Sirius nie pomylił się w tylko jednej, drobnej kwestii- ON, a dokładniej Akihito, jest twoim bratem, ale tylko przybranym, bo jest on Japończykiem, tak jak ja i, niestety, Shigeru. Twój brat jest prawowitym właścicielem katarynki, którą dostał od pierwotnych posiadaczy, chińskiej rodziny Tao. Wiem, że nie lubimy się z Chińczykami, ale Akihito uratował życie głowy rodziny Tao, Wongowi. Wdzięczny Wong oddał katarynkę właśnie twojemu bratu. A że ta rodzina ma duże wpływy w państwie, to swoim czynem Akihito uratował nas od wojny i stał się bohaterem narodowym. Tyle tytułem wyjaśnienia, a teraz ogarnij się, bo jesteś cały ubłocony. Jak skończysz, to daj znać. Będę na zewnątrz.
- Daj mi to wszystko jakoś sobie ułożyć.- zaprotestował Hermenegild.
- Nie ma na to czasu. Chyba nie każesz bohaterowi czekać na siebie?- powiedział Japończyk.
- CO?!
- Nie drzyj się!- zdenerwował się Amidamaru i uderzył kelnera pochwą swojego miecza- Wszędzie mogą być szpiedzy Shigeru. Słyszałem, że ma pod sobą animagów i to o wiele silniejszych niż ten beznadziejny...jak go nazywałeś? Bury? Nie ważne. Jeśli chcesz jeszcze pożyć, to lepiej mnie posłuchaj- milcz i idź za mną. Na lepszego ochroniarza liczyć nie możesz, przynajmniej narazie.
- Ale...
- Nie ma żadnego "ale". Umyj się w tamtej misce, tylko sprawdź, czy to napewno woda. Musisz dobrze wyglądać, bo spotkasz swojego brata. Mam jedną prośbę- pospiesz się.- powiedział samuraj i wskazał na naczynie stojące na pudłach, przy przeciwległej ścianie.
- Dobra, dobra, już pędzę.- odparł zrezygnowany Hermenegild.



Wtem coś głośno trzasnęło, błysnęło oślepiającym światłem i oczom zdumionych Amidamaru i Hermenegilda ukazała się ogromna, trzymetrowej wielkości postać Anubisa- egipskiego boga zmarłych człowieka z głową szakla trzymającego w prawej dłoni wielki bojowy cep.
Anubis spojrzał groźnie na Amidamaru spod uniesionych szakalich brwi, a jego okrągłe świecące oczy cisnęły w niego błyskawice.Następnie bóg straszliwie zaryczał, bo czym wrzasnął dudniącym, posępnym głosem:
-O ty nieszczęsny śmiertelniku. Zabiłeś mojego przyjaciela Siriusa. To ja dałem mu moc zamieniania się z człowieka w psa i z psa w człowieka. Moja moc jest nieograniczona jego mogę przywrócić do życia, a ciebie zabić. Ale to byłoby za proste. Za to co zrobiłeś spotka cię straszliwa kara, odtąd nie zaznasz spokoju we dnie ni w nocy. Gdzie tylko spojrzysz będziesz widzieć trupy, całe armie trupów. Niech zatem stanie się tak jak rzekłem.
Anubis zakręcił dookoła swym bojowym cepem i uderzył nim trzykrotnie w ziemię, a następnie zniknął. Wtedy na jego miejscu pojawił się Sirius prowadzący za sobą całą armię trupów schodzących z nieba widocznych oczywiście tylko dla Amidamaru, gdyż Hermenegild widział tylko Siriusa.
Amidmarau uciekł popłochu, zaś Hermenegild przywitał się z Siriusem.



Wiem, że stary wątek ale skoro tak nam dobrze idzie historyjka o Jasiu z Dopisywania, to pomyślałam, że możemy odświeżyć tą historyjkę. Tu jest lepiej, bo można dopisywać całe zdania, a nie tylko jedno słowo. Poza tym ta historia jest bardzo ciekawa, no i zrobiło mi się żal tego Burego Siriusa.
"Boże, daj mi pogodę ducha, abym godziła się z tym, czego zmienić nie mogę,
odwagę, abym zmieniała to, co zmienić mogę, i mądrość, abym zawsze potrafiła
odróżnić jedno od drugiego."

DZIEWICA8

Awatar użytkownika
Falka
pASsanger
Posty: 472
Rejestracja: 11 sie 2012, 19:55
Lokalizacja: Lublin/Podlasie

Re: Historyjka

Post autor: Falka » 2 wrz 2012, 19:22

157 km dalej na wiekim placu przed hangarem tajnej bazy pewnej paramilitarnej organizcji dążącej do szerokiego przewrotu społecznego i zawładnięcia rynkiem sprzedaży ludzkich protez, otworzyły się oczy młodego kelnera (jeszcze w roboczym ubraniu). Nie podnąsząc się z ziemi na której leżał obrócił głowę w jedną stronę, później powoli w drugą. Na jego twarzy pojawił się wyraz częściowo zamieszania, zdezorientowania i niepewności, które szybko zmieniły się w strach.
- Gdzie ja jestem???? - powiedział cicho i nadal rozglądając się podniósł się do pozycji siedzącej. Natychmiast jego głowa zabolała go tak mocno, że aż przymróżył oczy.
- Co się stało? - zajęczał łapiąc się za głowę jakby to mogło mu pomóc. - Jak ja się tu znalazłem?
W końcu krzyknął w nagłej rozpaczy: - Przecież nie leciałem lotem 815!!!... - krzyknął patrząc w kierunku zaparkowanego w oddali samolotu. Nie zdąrzył dobrze się zastanowić w jaki sposób mógłby się znaleść tak daleko od samolotu kiedy jego dumanie zostało przerwane przez dźwięk sygnału budzika. To był znak. Umówiony znak. Teraz miało się TO stać. TO na co czekał już od dawna. TO co było zaplanowne. TO co miało wywołać ... no właśnie! Gdyby tylko mógł sobie przypomnieć co miał zrobić na dźwięk budzika. Tak to jest jak się je za dużo specyfików reklamowanych w mediach które rzekomo poprawiają pamięć - skutek jest wręcz odwrotny do zamierzonego. Nasz biedny, sfrustrowany kelner postanowił sobie wszystko powolutku przypomnieć i zaczął od swojego imienia.
- Mam na imię... nazywam się... A... A... Be.... Ce... De... E... eF... Gie... Ha... Ha? Tak! Nareszcie! Hermenegild! Piękne germańskie imię nadane w przypływie radości rodziców po zakupie w RFN 2 rolek tapet podczas delegacji z pracy w roku 1974. Choć tak naprawdę nie o zakupy tu chodziło, tylko o tą noc w hotelu, która zaowocowała 9 miesięcy później narodzinami naszego bohatera. A imię było po prostu wypisane na pieczątce producenta łóżka hotelowego - solidnego, dębowego ze znakem firmowym wyrytym ozdobnym gotykiem. Taka to była prawda w tym temacie. Ale myśli myślami, a tu czas wrócić do sedna rozważań bo czas ucieka - jest go coraz mniej, a tu tak ważne rzeczy mają się wkrótce stać. Zdarzenia decydujące o losie świata, bo oto już niedługo - nasz Hermenegild pomyślał - już niedługo miało się stać coś ważnego. Jego cel w tym odosobnionym miejscu.
Wstał więc z ziemi i otrzepał kolana. Spojrzał się na samolot zaparkowany w oddali, skupił się i w końcu umysł mu się rozjaśnił.
- Już wiem! - wykrzyknął i pobiegł w kierunku naturalnie zielonego (czyli zielonego ze starości) hangaru z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Będę bohaterem - pomyślał Hermenegild kiedy przypominał sobie plan w trakcie biegu. Pół godziny później nasz bohater siedział przyczajony za wielkimi pakunkami, które zawierały to COŚ. Nabiegłymi krwią oczami obserwował wnętrze hangaru czekając na znak. Wilgotne dłonie trzęsły mu się nienaturalnie, a rozbiegany wzrok zdradzał naturę szaleńca. Nagle, pod wpływem nerwów, wydał z sibie zduszony chichot i zaczął trzeć dłonie, na znak tego, że myśli. I wtedy stało się... Do hangaru wbiegł wielki czarny pies machając radośnie ogonem na widok Hermenegilda.
Ręce biednemu kelnerowi opadły.
- Przysłali ciebie? - kelner schował twarz w dłoniach i zaczął nerwowo chichitać. Po chwili spojrzał na psa i szpnął - Co masz dla mnie?
Pies wskazał pyskiem na torbę przymocowaną do swojego karku. Hermenegild powoli odwiązal pakunek i zaczął wyciągać z niego rzeczy: srebrną tacę z zaostrzonymi krawędziami do rzucania, nóż z wmontowanym śmiercionośnym laserem, granat w postaci solniczki, wybuchowe talerze i lśniące magnum. Twarz kelnera zdradzała napięcie, gdy wstał i poprawił ubranie. Po chwili skupienia ruszył szybkim krokiem, a za nim, radośnie machając ogonem, szedł czarny pies.
Hermenegild obejrzał się na kundla i pomyślał, "Mogą być problemy." Skrzywił się na myśl, że pies może zepsuć całą operację. Już miał ochotę go wygonić kiedy......................... pies zaczął powoli zmieniać się w człowieka. Gdzie były łapy, teraz były ręce i nogi, gdzie były uszy, były teraz czarne kołtuny, gdzie był pysk... była twarz mężczyzny, który na pewno niepozwoliłby nikomu powiedzieć do siebie, "Buda! Wąd mi stąd!"
- Możesz już zamknąć buzię, zaczynasz się ślinić - powiedział ten tajemniczy nieznajomy zniecierpliwionym głosem do zszokowanego Hermenegilda. - Nie mamy czasu więc przejdę do rzeczy. Musiałem użyć postać psa by się tu dostać niezauważonym. A... - jego spojrzenie padło na nadal niedowierzającego kelnera, - potrafię się przemienić w psa bo jestem animagusem. Nie mów, że o nas nie słyszałeś! Jestem Sirius - powiedział uśmiechając się z wysiłkiem po czym zatrzymał się i przyjaznym gestem wyciągnął dłoń do przerażonego kelnera, który
oślinił już sobie całą koszulę.
-Nazywam się Bury, tak do mnie mów - warknął animag i wyciągnął rękę do wciąż stojącego bez ruchu Hermenegilda. Ten odwzajemnił uścisk bez większego przekonania. - Ruszamy! - krzyknął Bury - Hau! o przepraszam - zawstydził się animag.
Ruszyli przed siebie. Z oddali słychać było strzały i wybuchy branatów, na niebie lśniła żółto - pomarańczowa łuna wojny.
-Hermenegildzie, zanim tam pójdziemy - Bury nagle się zatrzymał - musisz coś wiedzieć. Przysłali mnie tutaj ponieważ...... jestem Twoim ojcem.... i właścicielem katarynki.....
Hermenegild spojrzał na swojego domniemanego ojca.
- Co? Nie! Głupstwa wygadujesz! Ja już mam jednego tatusia!!! - wykrzyknął nagle i niechcący plunął prosto w oko Burego. Ten otarł sobie twarz rękawem i mruknął groźnie jakby zapomniał, że już nie jest psem lecz Hermenegild tego nie zauważył i kontynuował swoje krzyki gniewu. - Jak możesz obrażać mnie takimi bredniami!!!! Mój tatko jest moim jedynym ojcem! Skąd ty się wziąłeś??? Nie przyjmę tej wiadomości.... - nagle zamilkł a jego oczy powiększyły się z przerażenia. Tym razem zapytał się cicho - Zaraz, zaraz... czy powiedziałeś "właścicielem katarynki?"
-tak, jestem właścicielem katarynki. Tej katarynki, od której się to wszystko zaczęło. Czasy, których nie pamiętasz.
-Czy to znaczy, że wtedy pojawił się ON???? - Hermenegild czuł, że nogi nie mogą już wytrzymać jego własnego ciężąru, a świat zaczął wirować.
-Tak, ON jest Twoim bratem. Dostał w spadku katarynkę, a teraz musimy go zabić, by katarynkę odzyskać. Źle wykorzystał jej moc...
-Nie wierzę - wyszeptał Hermenegild i poczuł, jak okrywa go ciemność. Zemdlał spadając prosto w błoto tuż obok Burego. Bury otrzepał swoje buty z błotka i wymamrotał coś pod nosem z czego tylko "...mój syn..." i "... mięczakiem..." były słyszalne. Złapał Hermenegilda za kaptur i przeciągnął go spowrotem do hangaru.
- Będę musiał wszystko sam zrobić - mruknął pod nosem i zakasał rękawy. - Ale jego przydałoby się schować gdzieś... jeszcze... go.... znajdą - mówił do siebie rozglądając się po wszystkich kątach. Nagle jego uwagę zwrócił wielki, ciezki i zrobiony z najciezszej stali stroj rycerza, stojacy w samym rogu hangaru, wyjety jakby prosto z sredniowiecza!
Bury widzac ze Hermenegild odzyskuje przytomnosc podszedl z nim do tego ciezkiego sredniowiecznego stroju i kazal mu nalozyc go na siebie.
Po chwili gdy Hermenegildowi udalo sie wreszcie go nalozyc, nagle zauwazyli ze po drugiej stronie hangaru pojawily sie jakies osoby. Nasi bohaterowie nie zdazywszy nawet zareagowac nagle zauwazyli ze jedna z tych tajemniczych osob postrzelila z tajnej, dziwnej broni Hermenegilda! Jednak na szczescie metalowy stroj okazal sie kuloodporny. Bury widzac powstale zamieszanie
wyciągnął jeden z wybuchowych talerzy i go rzucił w stronę atakujących i z uśmiechem doświadczył satysfakcji z wybuchu
- Te maleństwa zawsze działają - powiedział do siebie po czym odwracając powoli twarz w stonę Hermenegilda, który zemdlał ponownie, spojrzał kątem oka na wejście do hangaru, gdzie w promieniach zachodzącego słońca stał 183 centymetrowy mężczyzna. Był to niewątpliwie samuraj, który powiedział:
- Nigdzie nie zabierzesz tego niewinnego człowieka, Sirius. Nie pozwolę na to!
- Myślisz, że mnie powstrzymasz przed zabraniem mojego syna tam, gdzie zechcę?- zapytał sarkastycznie Bury.
- Nie jesteś jego ojcem! Dobrze o tym wiesz! Jesteś tylko głupim sługusem W.E.S.Z.! Poza tym, udało mi się powstrzymać 50 najlepszych strażników cesarskich przed zabiciem mnie, więc ty nie będziesz stanowił problemu.- odpowiedział chłodno samuraj.
- Gdzie twoje maniery? Słyszałem, że samuraje są dobrze wychowani, więc może się przedstawisz?
- Jestem kulturalny, ale nie dla wrogów. Po co ci znajomość mojego imienia, skoro zaraz zginiesz? Ale dobrze, jestem Amidamaru.
- Co to za głupie imię?! Jesteś żałosny.
- Moje imię pochodzi od buddyjskiego boga, Amidy. Ja jestem żałosny?! Spójrz na siebie!- powiedział samuraj, po czym wskazał na mocno ubłocone ubranie Burego.
- Dość tego! Skoro chcesz walczyć, to proszę bardzo. Jestem gotowy.
I rozgorzała walka. Sirius rzucał w samuraja czym popadnie, a Amidamaru zręcznie odbijał kataną "pociski". Po pół godzinie zaciętej bitwy, kiedy Buremu skończyła się broń, a Hermenegild zaczynał się przebudzać, Japończyk przystawił Miecz Światła do gardła leżącego w kałuży błota Burego i powiedział:
- Masz jakieś ostatnie życzenie przed śmiercią?
W tym momencie Hermenegild doszedł do siebie i, spostrzegłszy że jego "nowy" ojciec zaraz zginie z rąk nieznanego człowieka, podbiegł do niego i próbował odciągnąć samuraja od Siriusa, jednak jego starania zakończyły się tragicznie, gdyż wyrywający się z uścisku kelnera Amidamaru zabił Burego. Hermenegild zrozumiał, że już niczego nie zdoła zrobić. Zaczął więc okładać pięściami mordercę, który początkowo przyjmował spokojnie ciosy, lecz cierpliwość samuraja też ma swoje granice, więc odepchnął mocno kelnera i powiedział:
- Uspokój się wreszcie! Daj mi wyjaśnić, bo przespałeś wszystko, co tu zaszło. Poza tym, za szybko uwierzyłeś człowiekowi, którego tak naprawdę nie znałeś. To nie był twój ojciec, tylko szpieg próbujący się dobrać do katarynki. Ale nie martw się chłopcze. Teraz jesteś w dobrych rękach.
Hermenegild spojrzał na zakrwawione szaty Japończyka i nie mógł uwierzyć jego słowom. Choć poznał Burego tylko chwilę temu, jak mu się zdawało, czuł wielki smutek patrząc na jego nieruchome ciało.
Nagle zauważył coś niezwykłego unoszącego się nad ciałem Burego. Był to duch w postaci czarnego psa. Unosił się do góry opuszczając ciało upadłego bohatera. Lecz zanim zniknął spojrzał się w stronę naszego kelnera i powiedział cicho:
- Uważaj komu ufasz. Kiedyś zrozumiesz co tu się dzisiaj stało - po czym zniknął w chmurach.
- Wyszczekał, co wiedział.- powiedział Amidamaru sarkastycznie, po czym dodał już nieco spokojniej- Nie martw się, jak się dobrze postara, to zostanie czyimś duchem- stróżem. Może jakaś naiwna samiczka się nim zainteresuje...
- Przestań tak o nim mówić! A jeśli to był naprawdę mój ojciec?
- Sam nie wierzysz w to, co mówisz. On nie był twoim ojcem, lecz szpiegiem tajnej organizacji W.E.S.Z., zajmującej się tworzeniem protez zębowych, pod wpływem których osoby je noszące stawały się bezwolnymi sługami Shigeru. Chyba wiesz, kto to?
- Nic nie wiem o tym człowieku.
- Nie czytasz prasy?!- szczerze zdziwił się samuraj- Shigeru to szef tej organizacji. Jest znany tylko z brania łapówek i drobnych przekrętów, podczas gdy tylko nieliczni wiedzą o jego działalności.
- A ty skąd o tym wiesz? Pewnie z nimi współpracujesz.
- Pudło, młodzieńcze. Mam swoje przecieki. Ale to nieistotne. Sirius nie pomylił się w tylko jednej, drobnej kwestii- ON, a dokładniej Akihito, jest twoim bratem, ale tylko przybranym, bo jest on Japończykiem, tak jak ja i, niestety, Shigeru. Twój brat jest prawowitym właścicielem katarynki, którą dostał od pierwotnych posiadaczy, chińskiej rodziny Tao. Wiem, że nie lubimy się z Chińczykami, ale Akihito uratował życie głowy rodziny Tao, Wongowi. Wdzięczny Wong oddał katarynkę właśnie twojemu bratu. A że ta rodzina ma duże wpływy w państwie, to swoim czynem Akihito uratował nas od wojny i stał się bohaterem narodowym. Tyle tytułem wyjaśnienia, a teraz ogarnij się, bo jesteś cały ubłocony. Jak skończysz, to daj znać. Będę na zewnątrz.
- Daj mi to wszystko jakoś sobie ułożyć.- zaprotestował Hermenegild.
- Nie ma na to czasu. Chyba nie każesz bohaterowi czekać na siebie?- powiedział Japończyk.
- CO?!
- Nie drzyj się!- zdenerwował się Amidamaru i uderzył kelnera pochwą swojego miecza- Wszędzie mogą być szpiedzy Shigeru. Słyszałem, że ma pod sobą animagów i to o wiele silniejszych niż ten beznadziejny...jak go nazywałeś? Bury? Nie ważne. Jeśli chcesz jeszcze pożyć, to lepiej mnie posłuchaj- milcz i idź za mną. Na lepszego ochroniarza liczyć nie możesz, przynajmniej narazie.
- Ale...
- Nie ma żadnego "ale". Umyj się w tamtej misce, tylko sprawdź, czy to napewno woda. Musisz dobrze wyglądać, bo spotkasz swojego brata. Mam jedną prośbę- pospiesz się.- powiedział samuraj i wskazał na naczynie stojące na pudłach, przy przeciwległej ścianie.
- Dobra, dobra, już pędzę.- odparł zrezygnowany Hermenegild.



Wtem coś głośno trzasnęło, błysnęło oślepiającym światłem i oczom zdumionych Amidamaru i Hermenegilda ukazała się ogromna, trzymetrowej wielkości postać Anubisa- egipskiego boga zmarłych człowieka z głową szakla trzymającego w prawej dłoni wielki bojowy cep.
Anubis spojrzał groźnie na Amidamaru spod uniesionych szakalich brwi, a jego okrągłe świecące oczy cisnęły w niego błyskawice.Następnie bóg straszliwie zaryczał, bo czym wrzasnął dudniącym, posępnym głosem:
-O ty nieszczęsny śmiertelniku. Zabiłeś mojego przyjaciela Siriusa. To ja dałem mu moc zamieniania się z człowieka w psa i z psa w człowieka. Moja moc jest nieograniczona jego mogę przywrócić do życia, a ciebie zabić. Ale to byłoby za proste. Za to co zrobiłeś spotka cię straszliwa kara, odtąd nie zaznasz spokoju we dnie ni w nocy. Gdzie tylko spojrzysz będziesz widzieć trupy, całe armie trupów. Niech zatem stanie się tak jak rzekłem.
Anubis zakręcił dookoła swym bojowym cepem i uderzył nim trzykrotnie w ziemię, a następnie zniknął. Wtedy na jego miejscu pojawił się Sirius prowadzący za sobą całą armię trupów schodzących z nieba widocznych oczywiście tylko dla Amidamaru, gdyż Hermenegild widział tylko Siriusa.
Amidmarau uciekł popłochu, zaś Hermenegild przywitał się z Siriusem.


- Sirius ! To znaczy tato!!! - Krzyknął zdumiony Hermenegild. -Jak to możliwe ?! Niech mnie ktoś uszczypnie. Sirius nic nie mówił tylko z dumą i radością poklepał syna po ramieniu. - Musimy iść synu , mamy ważną misję do wykonania. Hermenegild nadal nie był w stanie uwierzyć w to parę minut temu miało miejsce. Jego wątpliwości rozwiały powoli zanikające kłęby dymu i dziura w betonie. W oddali dostrzegł biegającego w kółko jak obłąkany Amidamaru i krzyczącego coś o goniących go żywych trupach. Po kilku minutach wokół wystraszonego samuraja zebrał się mały tłumek gapiów. Sirius z Hermenegildem przyspieszyli kroku i poszli w kierunku starej awionetki. - Polecimy tym synu. - Tym złomem? Mam lęk wysokości tato. - Spokojnie Hermenegild mam licencję pilota i wieloma awionetkami latałem przy mnie nie masz się czego bać. W razie czego zamknij oczy.
Nie próbuje nawet być normalna,
bo normalność to pierwszy syndrom
śmiertelnie groźnej choroby...
Gdy tylko czuję, że nadchodzi normalność
natychmiast szukam antidotum

ODPOWIEDZ

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości