Załamuję się...

Nie każdego dnia ptaszki ćwierkają. Jak Ci się ten dzień przydarzy, my wysłuchamy.
LetniLas
młodASek
Posty: 20
Rejestracja: 3 maja 2019, 18:08

Załamuję się...

Post autor: LetniLas » 24 wrz 2019, 11:38

A więc eh, wpadłam znowu trochę ponarzekać, poużalać się nad sobą etc. Wiecie, od dłuższego czasu czuję kompletną pustkę. Zaczęło się w zasadzie w momencie gdy pare miesięcy temu pewien chłopak złamał mi serce. W dużym skrócie, wszystko było idealnie do momentu w którym nie postanowił tak po prostu o mnie zapomnieć bez większego powodu. Nagle, bez wyjaśnienia czy poczucia winy, od nie przywiązał się, ma mnie w zasadzie gdzieś i to by było na tyle. Bardzo dobrze się dogadywaliśmy, rozmawialiśmy całymi nocami, a on postanowił zniknąć akurat w momencie kiedy uświadomiłam sobie, że czuję coś więcej. I to był pierwszy raz w moim życiu, kiedy naprawdę sama się w kimś zakochałam i to tak, że nie potrafię o nim zapomnieć. Tego jak się śmiał, jak się przekomarzaliśmy, jak opowiadał mi różne historie. Przy ludziach ciągle to robię. Powtarzam, że to głupi cwel i mam go gdzieś, ale to nie prawda, wcale nie mam. Jestem wściekła, ale nie mogę zapomnieć tego, jak było dobrze, tego co mogłoby być i tak dalej. Czasami mam wręcz ochotę zadzwonić po raz ostatni i powiedzieć wszystko co myślę, że wciąż mi zależy, że jest dla mnie ważny, że nie umiem bez niego żyć, ale potem daję sobie mentalnego liścia "Przestań debilko, jesteś żałosna, nie obchodzisz go." I wiem, że to prawda, ale wciąż nie potrafię...
Przez długi czas usiłowałam jakoś zapchać dziurę w sercu. Powtarzałam sobie, że jak znajdę odpowiednią osobę, to dam radę zakochać się jeszcze raz, ale....ludzie. Poznałam mnóstwo osób na różnych portalach randkowych i nie tylko, ale wszyscy traktowali mnie wyłącznie jak obiekt seksualny. Związek to ruchanie i tyle. Nie ma ruchania, nie ma związku. Szybko więc zaczęłam się załamywać, próbując desperacko znaleźć kogoś, kto po prostu chciałby ze mną spędzić czas, i tyle. Żadnego friends with benefits, żadnych jednorazowych numerków, po prostu ktoś, kto naprawdę chce związku. Załamywałam się coraz bardziej i bardziej aż nagle pewnej nocy odezwał się mój stary znajomy. Wyznał mi dokładnie to, co ja chciałam wyznać tamtemu chłopakowi. Że mnie kocha, że mu wciąż zależy, że myślał o mnie przez cały ten rok rozłąki...Nie kochałam go, wciąż czułam jakiś jad, ale nie potrafiłam potraktować go tak samo, jak tamta osoba mnie, więc się zgodziłam. I znów to samo, wmawiałam sobie, że mogę go pokochać, jeżeli tylko odpowiednio się postaram, ale nie umiałam. Wszystko mnie w nim wkurzało, męczyłam się, nieustannie byłam na niego zła, aż w końcu postanowiłam to skończyć. Tak, czuję się jak ostatnia suka, ale nie chciałam ciągnąć tego na siłę, wiedząc, że nic do niego nie czuję. Uświadomiłam sobie, że nie odpowiada mi typowa idea związku. Nie chciałam sie przytulać, całować, chodzić za ręce i co chwila powtarzać kocham cię, jesteś dla mnie całym światem etc. Powiem więcej, to mnie nieziemsko wkurzało. Chyba po prostu chciałam się z kimś zaprzyjaźnić...? Postanowiliśmy zostać przyjaciółmi, ale szybko zaczęły wybuchać kłótnie o to, że z nim zerwałam i w końcu znajomość też umarła.
Na chwilę obecną, uświadamiam sobie, że wszystkie moje szkolne znajomości też umrą, bo tak już musi być. Już ta nę chwilę nie mam się nawet za bardzo do kogo odezwać, bo moja jedyna przyjaciółka z którą realnie spędzałam czas, wyjechała. Próbowałam spotkać się z nią ostatni zanim na zawsze rozejdą nam się drogi, ale zignorowała mnie dla swojego chłopaka którego widzi codziennie, więc teraz nawet już nie piszemy ze sobą i za bardzo jej nie obchodzę.
Czasami sobie myślę, że chcę kogoś poznać, ale potem przypominam sobie jakie to trudne. Jak ciężko jest znaleźć kogoś z kim sama potrafiłabyś się dogadać. To boli, bo wtedy właśnie znów nachodzą mnie myśli o tamtym chłopaku z początku postu. Tylko z nim umiałam całkowicie otwarcie rozmawiać, tylko jego śmiech działał na mnie tak kojąco, tylko to co zaraz powie było dla mnie tajemnicą którą chciałam odkryć. Ale nas już nie ma, już go nie obchodzę, jeżeli w ogóle kiedykolwiek obchodziłam.
Wszyscy zaczynają teraz żyć własnym życiem. Związki, zaręczyny, wyprowadzki, planowane śluby...a ja nie potrafię pojąć, czemu wszystko odchodzi. A no tak, bo wszyscy kogoś przy sobie mają, a ja jestem sama. Chyba po prostu chciałabym poznać przyjaciela, który chciałby zostać na stałe, ale z biegiem kolejnych wydarzeń uświadamiam sobie, że chyba łatwiej byłoby sobie kupić krzesło ogrodowe, bo nie postawi ci w pewnym momencie wymagań ani nie odejdzie żeby znaleźć kogoś lepszego. Po prostu Eh...


Już nawet nie próbuję rozmawiać o niczym ze znajomymi których jeszcze mam,bo za każdym razem i tak słyszę, że nie wiedzą czym ja się przejmuję skoro miałam chłopaków tylko przez internet a przez neta się nie liczy. Oczywiście w rozumieniu, nie ruchaliście się to się nie liczy bo teraz to popularne wśród dziewczyn żeby sobie znajdować chłopaków przez neta i wyłącznie spotykać się z nimi na seks. Znam dziewczyny które się tym wręcz chwalą. Czuję się zwyczajnie żałosna.

Nautilus1992
łASuch
Posty: 193
Rejestracja: 6 wrz 2017, 01:57

Re: Załamuję się...

Post autor: Nautilus1992 » 24 wrz 2019, 13:20

To wszystko jest bardzo smutne. Współczuję.
Dobrze jest się wygadać, bez różnicy czy zrobisz to w cztery oczy, czy anonimowo przez internet. Nie jesteś żałosna i nie jesteś suką za to, że zerwałaś z tym gościem. Moim zdaniem podjęłaś dobrą decyzję, bo po co się męczyć w związku, w którym nie ma miłości?
Ja kiedyś byłem mocno zauroczony pewną dziewczyną, lecz bałem się jej to wyznać, aż do momentu, w którym nasze drogi się rozeszły. Była moim ideałem. Wymazanie jej z pamięci i wyleczenie się z uczucia zajęło mi ładnych parę lat, ale udało się. Czuję się o wiele lepiej, a ona bierze niedługo ślub, więc już totalnie straciłem zainteresowanie i przestała mnie obchodzić.
Jak to mówią, "czas leczy rany".

ODPOWIEDZ