Dzieciństwo asa

Jeśli masz pytanie i znikąd odpowiedzi, zwróć się do nas
Awatar użytkownika
DZIEWICA8
zarASek
Posty: 1874
Rejestracja: 6 paź 2006, 09:33
Lokalizacja: z Lublina

Dzieciństwo asa

Post autor: DZIEWICA8 » 14 lip 2010, 09:32

Podobno nasze dzieciństwo ma duży wpływ na nasze życie dorosłe.
Mam, więc w związku z tym parę pytań.
Jak przebiegało Wasze dzieciństwo? Czy było szczęśliwe?
Czy woleliście bawić się sami, czy w grupie dużej czy tylko z jedną osobą, z rówieśnikami, czy z dorosłymi?
Jakie lubiliście zabawy np. w dom?, chłopięce, dziewczęce?
Jak odnosili się do Was Wasi rodzice z czułością czy nie?
Jak odbieraliście małżeństwo Waszych rodziców, jako zgodne, kochające czy nie?
Jakimi byliście dziećmi, grzecznymi, spokojnymi czy nie?
DZIEWICA8
"Boże, daj mi pogodę ducha, abym godziła się z tym, czego zmienić nie mogę,
odwagę, abym zmieniała to, co zmienić mogę, i mądrość, abym zawsze potrafiła
odróżnić jedno od drugiego."

DZIEWICA8

Awatar użytkownika
pogubiony
pASibrzuch
Posty: 260
Rejestracja: 2 lut 2010, 10:05
Lokalizacja: O/S -> N/S

Post autor: pogubiony » 14 lip 2010, 10:47

Sporo pytań.
Dzieciństwo szczęśliwe - szczególnie wczesne. Potem zaczęło się wyobcowanie z grupy rówieśników (jakoś nie pasowałem) i z każdym rokiem się pogłębiało. Ale nie czyniło mnie to jeszcze nieszczęśliwym.
Od zawsze potrafiłem się bawić sam ze sobą, choć lubiłem też przebywać z innymi. Z czasem zostałem przy samotnych zabawach w stylu filozofowania, rzemiosła artystycznego itp. (wtedy miałem wczesne naście lat).
Na czułość rodziców nie narzekam. Ani za dużo, ani za mało. Zdecydowanie kochający i mnie i siebie nawzajem.

A w ogóle to grzeczny byłem. I tak mam do tej pory ;)
"Dopóki sen na oślep płynął
nad straconą nadzieją,
Kosmos bólem się sączył
nad straconą miłością.
Ze skrytych ludzi świat twój
został pomału wygnany,
Lecz niebo nie spało."

Awatar użytkownika
DZIEWICA8
zarASek
Posty: 1874
Rejestracja: 6 paź 2006, 09:33
Lokalizacja: z Lublina

Post autor: DZIEWICA8 » 14 lip 2010, 11:28

U mnie było tak: Moje dzieciństwo było szczęśliwe, nie było nadmiernej przemocy, tylko czasem zawinione przeze mnie lanie. Było trochę czułości od rodziców np. lubiłam siedzieć na kolanach taty, babci. Relacje między rodzicami były dobre, nie pamiętam poważnych awantur. Nie pamiętam też jakiś chwil czułości między nimi. odkąd pamiętam rodzice śpią w oddzielnych pokojach. Pamiętam też jak razem wyjeżdżaliśmy na wczasy. Miałam dużo zabawek, rzadko bawiłam się w dom lub, że jestem matką lalki, lubiłam natomiast bawić się,że lalki biorą udział w wyborach Miss, czesać je i przebierać. Nie lubiłam bawić się w dużej grupie, miałam jedną koleżankę lub kolegę przez wiele lat. Byłam niegrzeczna, razem z koleżanką lubiłyśmy się wygłupiać, robić kawały.
"Boże, daj mi pogodę ducha, abym godziła się z tym, czego zmienić nie mogę,
odwagę, abym zmieniała to, co zmienić mogę, i mądrość, abym zawsze potrafiła
odróżnić jedno od drugiego."

DZIEWICA8

Awatar użytkownika
Czarny
bASyliszek
Posty: 1015
Rejestracja: 13 paź 2007, 13:36
Lokalizacja: Otwock koło stolicy
Kontakt:

Re: Dzieciństwo asa

Post autor: Czarny » 14 lip 2010, 12:05

Może ja wstawię dwa rozdziały ze swojej opowieści o moim życiu:
Dzieciństwo

Kiedy się urodziłem (po pewnych komplikacjach z pępowiną) żaden lekarz nie musiał klepać mnie w pupę abym dał oznaki życia. Pierwsze, co zrobiłem zaraz jak pojawiłem się na świecie, to całym gardłem ogłosiłem wszystkim swoją obecność. Kiedy w niemieckiej piaskownicy chłopczyk popsuł mi rzeźbę z piasku (wtedy raczej nie zdawałem sobie z tego sprawy, gdzie jestem, poza tym i tak ani ja ani on nie umieliśmy wtedy mówić w ojczystych językach), zacząłem okładać go dziecięcą łopatką po głowie. Nauczyłem się mówić dopiero, jak miałem jakieś 4 latka, wcześniej były to nieskładne sylaby, mój indywidualny język. W sumie te dziecięce języki, słowa, jakie wytwarzają w swoich głowach jako wyobrażenie nazwy dla czegoś, muszą dużo mówić o dziecku. To taki kod. Dziecko mówi w swoim własnym języku przy okazji nauczając go domowników. W sumie do dziś zdarza mi się żartobliwie mówić mamie, że idę ajtu, zamiast na dwór. Później jednak nauczyłem się języka wspólnego dla wszystkich z otaczającego mnie polskiego świata. Chodzić nauczyłem się wcześniej, a chodzenie, mówienie, mój donośny głos i osobowość stworzyły wybuchową mieszankę. W przedszkolu samo tak wyszło, że byłem w centrum uwagi. Najgorsze było leżakowanie. Pamiętam, jakby to było wczoraj, jak mnie za każdym razem szlag trafiał jak przedszkolanka kazała nam leżeć i słuchać swoich bajek, zazwyczaj o znienawidzonym później przeze mnie wróbelku Elemelku. Później mój tata naprawiał straty po mnie, jak na przykład zniszczony leżak. Często kilka przedszkolanek naraz i kucharka ganiały mnie po całym budynku, ale byłem nieuchwytny. Nawet jeśli ktoś mnie chwycił za obie ręce, to na przykład prześlizgiwałem się między nogami. Równie dobrze pamiętam dość niepedagogiczne ukaranie mnie za rozrabianie (nie pamiętam jakie wtedy, bo za dużo tego było, by wszystko pamiętać), czyli zamknięcie na klucz w przebieralni przy zgaszonym świetle. Wiele dzieci mogłoby po tym nabawić się lęku przed ciemnością do końca życia. Ale ja nie. Mogło mieć na to wpływ to, że będąc już w środku wziąłem rozpęd i wyważyłem drzwi. Słabe musiały być. Ciemność nie była mi straszna i stała się kolejnym punktem zaczepnym dla ekspresji mojej energii oraz moich dążeń do bycia zauważonym. Gorzej było z osami, jak pewnego dnia mnie pogryzły trzy jedna po drugiej w niedługich odstępach czasu. Mam teraz lęk i uczulenie. Jakąś akcję jeszcze miałem z krzyżakiem w kojcu, ale tego nie pamiętam, jednak odczuwam silne uczulenie na jad pająków. Jak przy podnoszeniu gałęzi na ognisko mnie jakiś ugryzie to jak nie zauważę i nie posmaruję tego samego dnia maścią to później się rana po dwóch ząbkach, których u normalnego człowieka w ogóle nie widać, tak piep..., że to masakra. Osa mnie dawno żadna nie ugryzła i dobrze mi z tym. Ale kontynuując dzieciństwo: z braćmi stryjecznymi robiliśmy mnóstwo baz z drzewek za naszymi działkami, coraz ambitniejsze, ostatnie dwie były podziemną i zbitą z desek na powierzchni, wcześniej była inna na trzech drzewach, która istniała chyba najdłużej. Zdarzało się nam przypalać pędy bambusa czy jakichś tam dziwnych traw i popalać sobie, niczym papierosy lub cygara. Przypomniało mi się jeszcze, że długo moim idolem był B.A. z Drużyny A, która wówczas leciała w telewizji obok takich innych hitów jak McGyver czy Tsubasa. W domach stwarzaliśmy ambitne i strategiczne wojny na klocki, ja oczywiście byłem zawsze tym, który chce zapanować nad całym światem, a reszta tego świata broniła. Przenigdy nie dawałem za wygraną. W naszych zabawach z tego przynajmniej co pamiętam bardzo rzadko wygrywało dobro. Oglądając bajki takie jak Inspektor Gadget zawsze oglądałem kolejne odcinki z nadzieją, że tym razem dr Mad, czy jak mu tam było, lub inni odpowiednicy czarnych charakterów w innych bajkach, w końcu zatriumfują ze swoimi genialnymi i dla mnie pełnymi podziwu pomysłami. Najbardziej mnie wkurzało jak dobro wygrywało fartem. Oglądałem kolejne odcinki i nie dopuszczałem do swojej świadomości tego, że może skończyć się inaczej niż zatriumfowanie mrocznego geniuszu, dopóki nie zobaczyłem zakończenia. Akcje kulminacyjne były dla mnie w tego typu bajkach zawsze trzymające w napięciu, kiedy wszystkie linie obrony i ataku szlag trafiał. Widziałem w tym niesprawiedliwość. Później przestałem takie bzdety oglądać i wziąłem się bardziej niż dotychczas za bajki bardziej obojętne, gdzie nie ma ani dobra ani zła, albo są, ale nie stanowiące tak wielkiego konfliktu. Na przykład Scooby Doo. Scooby'ego uwielbiałem za humor i wygląd jego i Kudłatego. Wkurzała mnie tam wymądrzająca się jakaś babka, która wszystko zawsze wiedziała i narzucała plany i jeszcze inna z ich drużyny blondynka z zezem rozbieżnym (dziś sam go mam...). O Pegasusie nawet nie będę się rozpisywał, bo niemal każde dziecko w moim wieku w tamtych czasach mentalnie pożerało wydarzenia z telewizora, na które się miało wpływ, to było normalne i oczywiste. Jak miałem sześć lat urodziła mi się siostra.
To taki gigantyczny skrót z mojego dzieciństwa. Później napiszę o podstawówce.





Podstawówka

Mama wiele czasu poświęcała na moją edukację, nawet kiedy jeszcze byłem zupełnie mały. Nawet, kiedy dopiero co się nauczyłem mówić. Z chęcią przyswajałem przekazywaną przez nią wiedzę o alfabecie, recytowaniu, tabliczce mnożenia, zbiorach matematycznych itp. Fenomenalnie potrafiła mnie wszystkiego nauczyć, na przykład zbiorów uczyłem się na klockach. Wiedza, którą systematycznie przyswajałem jeszcze przed zerówką, wyróżniała mnie na tle wielu innych dzieci. Równocześnie zachwycała mnie pewna rówieśniczka, już od czasów zerówki. W podstawówce utworzyli z nas dwie klasy. Trafiliśmy do różnych klas i dystans stawał się coraz większy, aż do momentu, kiedy nie mieliśmy ze sobą nic wspólnego, poza chwilami kiedy łączyło nas tylko moje ściśle tajne spojrzenie na nią. Mama posyłała mnie na przeróżne zajęcia dodatkowe w klubie nieopodal mojego domu. Na przykład na taniec. W pierwszej i drugiej klasie podstawówki, na balach przebierańców, dwukrotnie zostaliśmy wraz z pewną dziewczyną z mojej klasy królem i królową balu, co owocowało wygranymi maskotkami (teraz żałuję, że nie zachowałem ich do dziś, byłyby wspaniałym punktem zaczepnym dla moich momentów refleksji, obok innych pamiątek z dawnych lat, ale wtedy mi się ów zabawki okropnie nie podobały). W trzeciej klasie ona nie chciała już ze mną tańczyć, co mnie trochę zakłopotało, bo byliśmy idealnym wówczas zespołem do tańca i obawiałem się, że mogę tym razem nie wygrać. Ale postanowiłem po prostu działać. Zamiast załamywać ręce i oddać wygraną komu innemu, nauczyłem kroków inną dziewczynę z mojej klasy i z nią zostaliśmy królem i królową trzeciego balu. To znacznie podniosło moją samoocenę. Pamiętam jak przez mgłę, że już wtedy miałem swoje pierwsze egzystencjonalno-filozoficzne przemyślenia, a może raczej psychologiczne. Pamiętam, że miało to wiele wspólnego z moim charakterem. Zauważałem, że mogę dowolnie kształtować swoją osobowość i z dnia na dzień stać się kimś innym. Wystarczy, że wpoję sobie coś dotyczącego mnie jako prawdę i po jakimś czasie staje się to prawdą. Nie pamiętam szczegółów. Nie pamiętam nawet przyczyny. Ale pamiętam, że poczułem z powodu jakiegoś bodźca potrzebę silnej wewnętrznej zmiany na lepsze. Ciężko mi sobie przypomnieć co to była za zmiana i w jakim celu, jednak gdzieś w zakamarkach mojej pamięci tkwi te wspomnienie. Wszystko, co było wcześniej, stało się przeszłością, do której nie chciałem się sam przed swoimi myślami przyznawać. Tak teraz myślę.. Może miało to coś wspólnego z Pierwszą Komunią Świętą? Ale chyba jednak nie. I chyba do tego nie dojdę. Później nie myślałem o tej zmianie. Wczułem się w nowego, lepszego siebie. Pewnego wieczora przy kolacji w domu miało miejsce bardzo złe wydarzenie. Moja siostra dostała ataku padaczki. Nie znałem wtedy takich pojęć, jednak zasoby mojego mózgu, a także może i więzy krwi wystarczały, by stwierdzić, że dzieje się coś strasznie złego. W sumie żaden lekarz nigdy nie potwierdził, że to padaczka. To była jakaś dziwna choroba padaczkopodobna, którą nikt nie potrafił rozpoznać. Po kilkunastu latach od tamtego wydarzenia dowiedziałem się wraz z mamą z programu telewizyjnego, że dokładnie takie objawy jakie ją nękały, występowały u niewielkiego odłamka dzieci, które poddano jakiemuś systemowi trójszczepiennemu, na odrę i jeszcze dwie jakieś choroby, kiedy te szczepionki są w niewielkich odstępach czasu. Wtedy tego nie wiedzieliśmy. Przez okres, kiedy leżała ciągle w szpitalu żałowałem, że byłem dla niej taki surowy, kiedy przeszkadzała mi w odrabianiu lekcji lub bawieniu się, bo chciała się ze mną bawić, cieszyć się życiem. Opuściłem się w nauce. Chadzałem na samotne spacery. Kochałem ją bardzo, jednak ona całkowicie odmieniała moje życie, a ja chyba nie potrafiłem się do tego przyzwyczaić, nie potrafiłem sprostać zadaniu bycia dobrym starszym bratem. Tak bardzo chciałbym, żeby teraz żyła... Egzorcysta, lekarze, szarlatani, absolutnie nic nie pomogło jej w chorobie. Moi rodzice strasznie to przeżywali, najbardziej widziałem to po mamie. Stała się agresywna. Ja też. Pewnego razu rozchorowałem się na przeziębienie. Zaraziłem tym siostrę, jednak ona zniosła to dużo gorzej, miała praktycznie niemożliwą do zbicia ciągle rosnącą gorączkę, chyba 40 stopni lub coś około tego. Karetka jej nie pomogła. Zresztą, z tego co mi wiadomo, lekarze przyjechali kompletnie nieprzygotowani do robienia czegokolwiek. Ja przez cały czas nieustannie klęczałem pod Krzyżykiem w moim pokoju i modliłem się do Boga, żeby przeżyła. Nagle wpadł tata i uścisnął mnie tak mocno, jak nigdy mnie jeszcze nie ściskał. Pomyślałem, że to takie jego wyładowanie się z tej sytuacji. Niedługo potem kazał mi pójść do braci stryjecznych. Poszedłem tam. Bałem się. Powiedziałem im co się działo. Później przyszedł tata i powiedział mi, że umarła, że umarła, że umarła, że umarła, że umarła, że umarła, że umarła, że umarła, że umarła, że umarła, że umarła, że umarła... Spojrzałem na niego zszokowanym wzrokiem. Nie mogłem w to uwierzyć. Nie mogłem się też rozpłakać. Ludzie patrzyli. Czułem się strasznie. Potwornie. Koszmarnie. Piekielnie. Jednak podświadomie starałem się tego po sobie nie pokazywać. Po prostu nie byłem w stanie się tam rozpłakać, nawet jeślibym chciał. Miałem tam zostać na noc. Nie wiadomo kiedy minął dzień i kiedy prawie byłem gotowy do snu, przyszedł tata i wziął mnie jednak do domu. Kiedy wszedłem do środka rozpłakałem się wraz z rodziną długim płaczem. Mniej więcej po tygodniu miałem sen, że wyszła z grobu, zdrowa, zamieszkała z nami, a potem poszła do nieba. Jakoś dopiero w zeszłym roku dowiedziałem się po rozmowie z mamą, że miała w tamtym czasie identyczny sen. Ciekawe jak z tatą... Możliwe, że też miał taki sen. Jednak nigdy go o to nie spytam. Mam ochotę przerwać pisanie, bo bardzo mnie boli serce, ale obiecałem sobie, że będę pisał jeden rozdział dziennie, tak też musi być. Trochę po jej śmierci podczas topienia marzanny zostałem zawołany przez kolegę z klasy. Kiedy się odwróciłem otrzymałem oszałamiający cios w oko lodową kulą ze śniegu. Od mniej więcej tamtej pory zaczął mi siadać wzrok w tym oku. Na środku miałem ślepy punkt, migotały mi jakieś światełka. Bałem się o tym powiedzieć rodzicom, ani komukolwiek, kto potencjalnie mógłby to moim rodzicom przekazać. Na początku nie myślałem, że może być tak źle, potem nie mogłem się zdobyć jak o tym im powiedzieć i odkładałem to w czasie na odpowiednią okazję, ale owa odpowiednia okazja nigdy nie nadchodziła, zawsze bałem się. Z każdym dniem i postępowaniem ślepoty coraz bardziej się bałem. To moja wina, powinienem im powiedzieć o tym im wcześniej. Panicznie bałem się jednak ich reakcji za tę moją winę, zwłaszcza mamy. Później myślałem, że nigdy im o tym nie powiem i jak dorosnę zrobię sobie operację. Jednak stało się tak, że zdrowe oko zaczęło mi się psuć. Widziałem na nie niewyraźnie, coraz bardziej i bardziej. Mama zauważała, że coś jest nie tak i często pytała mnie, czy dobrze widzę. Ja wystraszony podejrzeniami i możliwymi konsekwencjami wykrycia oszustwa na masową skalę zarzekałem się, że świetnie widzę. Udawało mi się to przez kilka lat. Pewnego dnia podczas lekcji fizyki zauważyłem, że nagle wszyscy wokół zaczynają chować książki i zeszyty do plecaków. Spytałem siedzącego obok mnie w ławce brata stryjecznego, czy był już dzwonek, on na to odparł, że ciągle dzwoni. Nauczony lekcją ze wzrokiem, po powrocie do domu od razu przedstawiłem mamie jak wygląda sprawa z moim słuchem. Trafiłem do szpitala i zrobili mi operacyjnie drenaż uszu, usunięcie trzeciego migdałka i podcięcie dwóch pozostałych, przerośniętych. Drenaż w uszach przez kilka lat musiał pozostawać suchy. To było strasznie uciążliwe. Miałem już skończyć rozdział, ale przypomniałem sobie o sprawach sercowych, o których za mało napisałem. Uczucie do tamtej dziewczyny towarzyszące mi od zerówki minęło i przez rok lub dwa podobała mi się inna. Pamiętam, że w jakiś sposób zawiodłem się na jej zachowaniu i wróciłem sercem do tamtej pierwszej.
To taki mocny skrót z okresu szkoły podstawowej.
Czarno to widzę...

Awatar użytkownika
Korat
ASiołek
Posty: 76
Rejestracja: 3 lip 2010, 22:43
Lokalizacja: Trójmiasto

Re: Dzieciństwo asa

Post autor: Korat » 14 lip 2010, 13:43

Jak przebiegało Wasze dzieciństwo? Czy było szczęśliwe?

Było szczęśliwe.

Czy woleliście bawić się sami, czy w grupie dużej czy tylko z jedną osobą, z rówieśnikami, czy z dorosłymi?
Według kolejności: sam->z jedną osobą-> rówieśnikami->dorosłymi

Jakie lubiliście zabawy np. w dom?, chłopięce, dziewczęce?
Typowo chłopięce. Mało bawiłem się zabawkami , a przede wszystkim rozgrywałem zabawy symulując je w umyśle, jakby ktoś zobaczył mnie wtedy bawiącego się to mógłby pomyśleć , że jestem autystyczny.

Jak odnosili się do Was Wasi rodzice z czułością czy nie?
Chyba za wiele czułości nie było, choć ciężko mi o tym mówić bo nie pamiętam takich rzeczy.

Jak odbieraliście małżeństwo Waszych rodziców, jako zgodne, kochające czy nie?
Jako normalne, przeciętne. Było dużo kłótni i wielokrotnie złe relacje burzyły, a nie budowały coś dobrego.

Jakimi byliście dziećmi, grzecznymi, spokojnymi czy nie?
Byłem bardzo spokojny i grzeczny chyba też, ciężko stwierdzić, bo nie wiem do kogo się porównać.
"Słowa prawdziwe nie są piękne
Piękne słowa nie są prawdziwe."

Awatar użytkownika
holliza
ciAStoholik
Posty: 398
Rejestracja: 20 maja 2010, 14:12
Lokalizacja: Śląsk

Re: Dzieciństwo asa

Post autor: holliza » 14 lip 2010, 21:26

Czy było szczęśliwe?
Myślę, że mogę powiedzieć, iż miałam szczęśliwe dzieciństwo :)

Czy woleliście bawić się sami, czy w grupie dużej czy tylko z jedną osobą, z rówieśnikami, czy z dorosłymi?
Sczerze mówiąc to od zawsze wolałam bawić się sama, ale czasem do jakieś koleżanki wychodziałm. Tylko zawsze było tak samo - prosiłam mamę, żeby kazała mi wrócic bardzo wcześnie do domu. Czemu nie odmówiłam koleżance przyjścia do niej? Po prostu nie chciałam jej w żaden sposób urazić.

Jakie lubiliście zabawy np. w dom?, chłopięce, dziewczęce?
Zabawy raczej dziewczęce - lalkami, czy w dom. Czasem w restaurację :) Jednak z racji tego, że mam dwóch braci, często też bawiłam się z nimi (gdy mnie młodszy braciszek prosił) jakimiś samochodzikami, czy traktorami :wink: Ale raczej szybko mnie to nudziło.

Jak odbieraliście małżeństwo Waszych rodziców, jako zgodne, kochające czy nie?
Z tego co pamiętam, to moi rodzice często się kłócili. Gdy poznałam słowo rozwód - to nawet mówiłam, że chyba się powinni rozwieść. Teraz wiem, że takie kłótnie na pewno nie są powodem do rozwodu, a oni bardzo się kochają, ale nadal czasem kłócą :wink:

Jakimi byliście dziećmi, grzecznymi, spokojnymi czy nie?
Ja byłam raczej grzecznym dzieckiem, spokojnym i ugodowym. Gdy ktos kazał mi coś zrobić, robiłam bez najmniejszego sprzeciwu - nawet jeśli np. nie podobało mi się to. Zresztą byłam bardzo nieśmiała (co zostało mi do dzisiaj).
"Jest na świecie taki rodzaj smutku, którego nie można wyrazić łzami. Nie można go nikomu wytłumaczyć. Nie mogąc przybrać żadnego kształtu, osiada ciasno na dnie serca jak śnieg podczas bezwietrznej nocy."

Agnieszka
ninjAS
Posty: 2626
Rejestracja: 10 sie 2005, 16:38

Re: Dzieciństwo asa

Post autor: Agnieszka » 15 lip 2010, 08:10

Jak przebiegało Wasze dzieciństwo? Czy było szczęśliwe?
Zdecydowanie szczęśliwe. Do końca studiów, a nawet i teraz, uważałam/uważam dzieciństwo (czyli czas mniej więcej do końca szkoły podstawowej) za jeden z lepszych okresów mojego życia.
Czy woleliście bawić się sami, czy w grupie dużej czy tylko z jedną osobą, z rówieśnikami, czy z dorosłymi?
Różnie. Jako jedynaczka umiałam doskonale bawić się sama (na brak wyobraźni nigdy nie narzekałam), ale w dzieciństwie raczej nie stroniłam od towarzystwa. Wręcz miałam taki nieco zabawny zwyczaj zaczepiania obcych dzieci w kolejce do sklepu, pociągu, na plaży. Doszłam tym sposobem gdzieś do paru setek dzieci poznanych poza podwórkiem :P Byłam wtedy bardzo otwarta, śmiała i nie stanowiło dla mnie problemu podejście do obcego dziecka i nawiązanie rozmowy, a potem zabawa. Zaczepiałam zarówno dziewczynki, jak i chłopców :D Jeśli chodzi o podwórko, to miałam paru kolegów, kilka koleżanek, czasem bawiliśmy się w większej grupie, czasami w mniejszych. Najbardziej zżyta byłam z kolegą z klatki, który chodził do mojej klasy - spędzaliśmy razem dużo czasu, odwiedzaliśmy się w nawzajem w domach, a kiedy w wakacje przyjeżdżał jego kuzyn, to we trójkę biegaliśmy po okolicy, prześladując dziewczynki z działek :mrgreen:. Często bawiłam się też z kuzynami (kuzynki wydawały mi się mniej atrakcyjnymi towarzyszami zabaw). Do dorosłych raczej nie lgnęłam.
Jakie lubiliście zabawy np. w dom?, chłopięce, dziewczęce?
Hmm, no ja chyba byłam taką trochę chłopczycą :P Uwielbiałam szaleć na podwórku, łazić po drzewach, zapuszczać się z kolegą i jego kuzynem do lasu (mimo że rodzice nam nie pozwalali), kręcić się po terenie budowanego wówczas kościoła (raz o mało mnie nie zamurowali). Najczęściej bawiłam się w muszkieterów lub Indian - nawet sobie sama zrobiłam łuk, który strzelał dalej niż łuki innych dzieci :D Z kuzynami grałam w piłkę nożną, z dziećmi na podwórku w palanta. Gdzieś w czwartej-piątej klasie nauczyłam się grać w pokera i inne karcianki i grywałam w karty ze starszymi dzieciakami, a w pewnym okresie nawet grywało się z robotnikami, którzy akurat ocieplali nasz blok.
Niby miałam lalki, ale miałam też parę samochodzików, pistolet na kapiszony, często ze swoimi samochodzikami przychodził kolega i bawiliśmy się u mnie w przedpokoju w wyścigi. Lalki i misie służyły mi raczej jako obiekty eksperymentów medycznych :D Z kuzynem robiliśmy jednemu misiowi setki zastrzyków z wody zabarwionej farbką i biedny w końcu trochę przegnił od środka (miś, nie kuzyn :D).
Najwspanialsze moje wspomnienie z dzieciństwa wiąże się z wycieczką klasową na teren koszar wojskowych. Byłam w siódmym niebie, gdy można było pobujać się na tych wszystkich drabinkach i innych konstrukcjach do ćwiczeń kondycyjnych; podobały mi się okopy, a prawdziwą ekstazę przeżyłam, jak żołnierze pozwolili mi wejść do czołgu (jako jedynej dziewczynce, bo wszystkie inne były w białych rajstopkach, a mnie mama ubrała adekwatnie, wiedząc zapewne, że zaraz będę chciała wleźć w najbardziej brudne miejsce) i nawet założyli na głowę hełmofon.
Jak odnosili się do Was Wasi rodzice z czułością czy nie?
Z czułością. W dzieciństwie byłam przylepą - zresztą był taki zwyczaj, że wieczorem zasypiam przytulona do któregoś z rodziców (potem mnie zanosili do mojego łóżka).
Jak odbieraliście małżeństwo Waszych rodziców, jako zgodne, kochające czy nie?
Jako zgodne i kochające się. Oczywiście były jakieś tam incydentalne nieporozumienia, ale chyba tylko ludzie, którzy nic do siebie nie czują, nigdy się nie spierają, bo już im wszystko jedno :P
Jakimi byliście dziećmi, grzecznymi, spokojnymi czy nie?
W towarzystwie (czyli na różnych imprezach rodzinnych albo jak odwiedzali nas goście) byłam bardzo grzeczna, cicha i spokojna. Nigdy nie było też sytuacji, żebym w jakimś sklepie domagała się tej czy innej zabawki. Wśród rówieśników... Raczej rozrabiałam, właziłam do każdej dziury i generalnie często bywało tak, że wyszłam na dwór, po czym magicznie znikałam i moja mama w panice mnie szukała, a ja odnajdywałam się albo u syna sąsiadów, albo u koleżanki z innej klatki, albo okazywało się, że właśnie samowolnie pojechałam z dwoma koleżankami na plażę (za to dostałam karę i nie mogłam wychodzić na dwór przez tydzień), albo na przykład uciekaliśmy z kolegą jego mamie odbierającej nas ze szkoły (bo moim zdaniem za długo stała w kolejce do sklepu, a nam się już nudziło) itd. Biłam się z chłopakami, przeklinałam - takim dziwnym dzieckiem byłam :D

Awatar użytkownika
Libra
carrASius
Posty: 2226
Rejestracja: 18 kwie 2009, 19:23

Post autor: Libra » 15 lip 2010, 17:36

Dzieciństwo bardzo szczęśliwe :)


Wyśmienicie bawiłam się sama ale z jedną osobą lub małą grupką też było super.

W dom zdarzało się rzadko, ale jeżeli już była taka zabawa to zawsze byłam tatą, gdy bawiliśmy się w Króla Lwa zawsze byłam Simbą :lol:

Czułam i czuję się kochana, rodziciele czasem pomruczą do siebie, ale też jedno w drugim zawsze ma wsparcie.


Byłam przegrzeczna i przespokojna, nie sprawiałam problemów .
What's mooo?

Awatar użytkownika
Keri
łASkawca
Posty: 1646
Rejestracja: 16 cze 2009, 11:13
Lokalizacja: ze źródła światła :D (okolice Łodzi :P )
Kontakt:

Post autor: Keri » 16 lip 2010, 09:46

Do czasow gimnazjow dziecinstwo ani nie super ani i nie bee :P Bylo dobre :D Bawilo sie samemu czasami z kims. ale samemu bylo jakos najlepiej :P

Najgorszy czas zaczal sie od gimnazjum kiedy wrecz rozmyslenia i filozofowanie zaczelo sie na dobre :P Gimnazjum czas dokuczania kolegom dominacji :roll: . Wielki kolkos i chaos :roll: Cos strasznego.

Liceum czas zupelnego wyobcownia i... depresji :(

Jakie zabawy? :roll: W przedszkolu bardziej w domku dziewczyn :lol: Niz zabawy w klocki i samochody :P Ale pozniej sie to zmienilo choc rozmawialo sie z dziewczynami w podstawowce normalnie tak jak z kolegami i nie widzialem zbytniej roznicy miedzy obiema stronami ( nie fizycznej :P )

Chyba kazdy sie domysla jak rodzice wychowuja jedynaka? :P "Jedyny skarb" i wogole :P

Jak malzenstwo rodzicow? Normalne :mrgreen: Ze wszystkimi sprawami jakie powinny byc :wink:

Bylem az zaspokojny i wrecz dzieckiem ktory nic nie chce i nic nie potrzebuje :lol:

Awatar użytkownika
Ernest
AStrum
Posty: 1482
Rejestracja: 3 kwie 2009, 00:15
Kontakt:

Post autor: Ernest » 30 lip 2010, 22:33

Taki ciekawy temat, a tak szybko popadł w zapomnienie...

Napiszę się więc co nieco o moim wczesnym dzieciństwie, mniej więcej do 10 roku życia ponieważ później bardzo się zmieniłem pod pewnymi względami.
Jak przebiegało Wasze dzieciństwo? Czy było szczęśliwe?
Wszyscy dookoła starali się żeby moje dzieciństwo było szczęśliwe. Byłem oczkiem w głowie całej niemal rodziny. Rozpieszczano mnie i faworyzowano, ale też zasiewano we mnie ziarna ambicji, być może nawet przesadnej.
Czy woleliście bawić się sami, czy w grupie dużej czy tylko z jedną osobą, z rówieśnikami, czy z dorosłymi?
Jako brzdąc byłem niezwykle otwartym dzieckiem. Zaczepiałem niewinnych ludzi na ulicy, uwielbiałem robić zakupy, rozmawiać z nieznajomymi, dyskutować ze starszymi, itd. Najlepiej bawiłem się w małej grupie. Lubiłem być w centrum zainteresowania, grać główne role w sztukach jakie oferowała codzienność.
Jakie lubiliście zabawy np. w dom?, chłopięce, dziewczęce?
Po części i takie, i takie. Wykorzystywałem swoją wyobraźnię tworząc ciekawy świat, nad którym panowałem.
Jak odnosili się do Was Wasi rodzice z czułością czy nie?
Raczej tak. Byłem wrażliwą istotą i wiele osób doskonale zdawało sobie z tego sprawę.
Jak odbieraliście małżeństwo Waszych rodziców, jako zgodne, kochające czy nie?
Tak :)
Jakimi byliście dziećmi, grzecznymi, spokojnymi czy nie?
Byłem wspaniałym dzieckiem. Sprawiałem trochę kłopotów wymuszając skupienie i uwagę otoczenia, ale nagradzałem to urokiem.
,,Wszyscy jesteśmy większymi artystami niż się nam zdaje." F. Nietzsche

''To see a World in a Grain of Sand
And a Heaven in a Wild Flower
Hold Infinity in the palm of your hand
And Eternity in an hour'' W. Blake

,,...by lekko obcial koncowki nie skracajac wlosow" Keri

Awatar użytkownika
Koni
bASałyk
Posty: 717
Rejestracja: 10 sie 2008, 21:42
Lokalizacja: Wolne Miasto Gdańsk
Kontakt:

Post autor: Koni » 30 lip 2010, 22:45

Ja swoje dzieciństwo pomalutku przepracowuję na terapii, więc tutaj już nie będę o nim opowiadać.
"This is not about sex
We all know sex sells and the whole world is buying..."

Ceterum censeo Carthaginem delendam esse.

Awatar użytkownika
Marie
łASuch
Posty: 163
Rejestracja: 24 lip 2009, 00:17

Post autor: Marie » 31 lip 2010, 01:09

u mnie standard, normalna typowo polska rodzinka, jeśli chodzi o moje dzieciństwo to byłam bardzo wesoła, chociaż preferowałam męskie zabawy. Dobrze się uczyłam, byłam posłuszna rodzicom. nie odbiega mój życiorys od normy i przedstawionych przez poprzednich forumowiczów :D
MS

Łakaja
młodASek
Posty: 29
Rejestracja: 17 lip 2010, 11:29

Post autor: Łakaja » 31 lip 2010, 17:10

Ja miałam raczej szczęśliwe i dobre dzieciństwo :wink: Zawsze mogłam liczyć na rodziców. Między rodzicami układało się różnie, czasem się kłócili, ale ogólnie było OK.

Kontakty z rówieśnikami układały mi się różnie. W podstawówce czułam się źle i byłam takim nieśmiałym zakompleksionym wyrzutkiem. W liceum i na studiach poznałam świetnych i tolerancyjnych ludzi. Nabrałam pewności siebie i pozbyłam się kompleksów :)

Zawsze lubiłam być w ruchu, więc zabawy w dom i sklep mnie nie pociągały, raczej zabawy w chowanego, berka, podchody .... Wolałam małe grupki rówieśników. W dużych grupach ludzi do dzisiaj źle się czuję.

Ogólnie bilans mojego dzieciństwa wychodzi na plus. :lol:

dzola007
strASzydło
Posty: 397
Rejestracja: 16 wrz 2008, 01:08
Lokalizacja: Śląsk

Post autor: dzola007 » 1 sie 2010, 10:02

Miło wspominam dziecinstwo,nie pamietam zeby rodzice kłocili sie albo nawet nie rozmawiali ze sobą. W szkołach zazwyczaj mialam jedna "konkretną" kolezanke a olewalam wszystkich dookoła wiec przez to sporo osob za mną nie przepadało. Bawienie sia lalkami to była dla mnie kara to samo dotychy duzych grup. Jako dziecko bylam spokojna i niesmiała dopiero w liceum troche nawywijałam ale szybko mi przeszlo po rozmowie z mamą. Wlasciwie nic z tego co napisalam nie zmieniło sie do dzis.

beebep
ASter
Posty: 634
Rejestracja: 13 wrz 2009, 17:37
Lokalizacja: z kapusty:)
Kontakt:

Post autor: beebep » 7 sie 2010, 01:05

Jak przebiegało Wasze dzieciństwo? Czy było szczęśliwe?
sądzę, że nadal trwa - generalnie spokój i względne szczęście, jak to zwykle w życiu bywa nic nie jest doskonałe...

Czy woleliście bawić się sami, czy w grupie dużej czy tylko z jedną osobą, z rówieśnikami, czy z dorosłymi?
Zabawa w małej grupie na podwórku tudzież z bratem ;) dorosłych unikałam jak ognia - po prostu byłam małym "dzikusem"

Jakie lubiliście zabawy np. w dom?, chłopięce, dziewczęce?
dom w grupie - ale brałam role jedynie męskie i zwierzęce...
a tak to raczej zabawy chłopięce - samochody, strażacy, wojsko etc...

Jak odnosili się do Was Wasi rodzice z czułością czy nie?
nigdy nie brakowało mi niczego w tej kwestii

Jak odbieraliście małżeństwo Waszych rodziców, jako zgodne, kochające czy nie?
Zgodne i kochające - nie kłócili się i nie kłócą - poza małymi sprzeczkami.

Jakimi byliście dziećmi, grzecznymi, spokojnymi czy nie?
jam było dziecko grzeczne i spokojne, z diabłem za skórą :D

A jeśli chodzi o samą szkołę to poza podstawówką, w której nieźle oberwałam po psychice, to raczej moje życie nie różniło się w tej kwestii od innych ludzi...
Obrazek

ODPOWIEDZ