Nie ujęłabym tego w taki sposób, że ze mną jest coś "nie tak". Ze mną jest wszystko super. <3
Ubolewam tylko, że naszej mniejszości jest tak malutko.
Jestem aseksualna i seks traktuję OPCJONALNIE, jako dodatek ozdobnik. Na pewno NIE jako punkt kulminacyjny i nie jako spoiwo. To ważna różnica względem ludzi seksualnych. Aktualnie rozglądam się (ba! szukam igły w stogu siana

) za kimś, kto byłby wystarczająco odporny na bodżce seksualne zewsząd, kto trwa w dobrowolnej WSTRZEMIĘŹLIWOŚCI LATAMI i nie jest mu ona straszna. I kto bardzo mnie polubi i doceni z wzajemnością. Ostatnio mam kontakt z ludźmi związanymi z różnymi grupami religijnymi, co daje mi nadzieję na znalezienie osób podobnych do mnie pod względem prowadzenia się. <3 Spotykam też takich mocno cielesnych, mocno seksualnych... którzy niestety traumatyzują moją samoocenę, ponieważ ludzie hiperlibidowi są nad wyraz skłonni do sprowadzania wartości kobiety do estetycznej jakości jej ciała. Ale obiecałam sobie, że wszystko przetrzymam i traktuję to jako szkołę życia. Czasem nachodzi mnie taka myśl: "jesteś znowu w złym czasie i w złym miejscu!" ale potem zdaję sobie sprawę, że nie zrobiłam niczego niewłaściwego. Każde doświadczenie ma sens, każda pomyłka czegoś uczy. Nie dam sobie układać życia przez mainstream.
Odpowiadając na pytanie: zrozumiałam to około okresu dojrzewania. U mnie nie było rewolucji ani nawet pragnienia bycia w związku emocjonalno-romantycznym.